Dwa dni później w wiadomościach ukazał się oficjalny komunikat w sprawie śmierci Marcina Świebodzińskiego. Zabójcą okazał się kochanek żony ofiary, Robert Pakuła, którego nazwisko zostało skrócone przez media do jednej litery. Jak się okazało, motywem zbrodni była nieszczęśliwa miłość, którą zabójca obdarzył kobietę.
Audycja przyciągnęła wielu widzów, szczególnie mieszkańców Łodzi, gdzie morderstwo miało miejsce. Wyjątkową uwagę programowi poświęciła jedna osoba. Tomasz Gawron siedział wygodnie w swoim skórzanym fotelu i popijał dopiero co przygotowanego drinka, na który składała się cola, wódka oraz plasterek cytryny.
Z każdym kolejnym łykiem mężczyzna przywoływał w pamięci pierwsze spotkanie z Robertem i żoną Marcina w klubie Burn&Fit. Już wtedy poznał tą kobietę, w końcu było im dane spotkać się wcześniej na jednym z przyjęć integracyjnych zorganizowanych przez jego firmę. Ona jednak zdawała się go nie kojarzyć. Nie trudno było się zorientować, że pomiędzy tą dwójką jest coś więcej niż zwykłe, koleżeńskie relacje. Mimo to, nic sobie z tego nie robił, w końcu nieraz słyszał, jak znudzeni mężczyźni czy też niespełnione kobiety szukają przygód w ramionach osób trzecich, dostarczając sobie w ten sposób emocji, których od dawna brakowało w ich relacjach z partnerem. Nie przejmował się też za bardzo faktem, że dwa razy był mimowolnym świadkiem ich kłótni. On chciał czegoś więcej, ona twierdziła, że to niemożliwe. Argumentowała to tym, że ma męża, że go tak naprawdę kocha... jednym słowem, standardowe wymówki, które zdaniem Gawrona, świadczyły o tym, że kobieta tak naprawdę rozdarta, sama nie wiedziała czego pragnie. I pewnie zapomniałby by o tym wszystkim, gdyby nie jedno zdarzenie.
W momencie gdy Marcin Świebodziński zaczął coraz bardziej zagłębiać się w wydatki firmy, pojawiło się ryzyko, że mężczyzna odkryje iż z jej rachunku wyparowało ponad sto tysięcy złotych. Pieniędzmi tymi Tomasz Gawron przekonał paru urzędników, zasiadających w komisji przetargowej, aby właśnie jego firma ów przetarg wygrała. Wtedy to właśnie jego podświadomość odświeżyła scenę kłótni żony Marcina i jej kochanka. Miał już nawet pójść do niego, powiedzieć o tym. Mężczyzna, zdenerwowany takim obrotem spraw, z pewnością zaniechałby na jakiś czas grzebania w księgach rachunkowych... Właśnie... na jakiś czas. Na jak długo? Czy tego czasu wystarczyłoby na tyle, aby wszystko zatuszować?
Właśnie wtedy, przyszła Gawronowi do głowy szalona myśl. Wykorzystać gniew kochanka przeciwko Marcinowi. Wystarczyło napuścić tych dwóch na siebie, dodatkowo podjudzić nieszczęśliwie zakochanego, aby ten rozprawił się z niewygodnym mężem, który jest przeszkodą do szczęścia. W ten sposób Gawron zyska czas, aby zatuszować swoje machlojki, tylko jak to zrobić? Plan wydawał się prosty, wystarczyło zapoznać się z Robertem, co akurat nie było trudne. Wystarczyło bowiem zapisać się na kurs gry w squasha, który prowadził. Następnie zdobyć zaufanie i pogadać jak chłop z chłopem przy piwie o kobietach. Nie sugerować wprost, ale tak poprowadzić rozmowę, aby nienawiść, która tliła się w Robercie w stosunku do Marcina, rozpaliła do rozmiarów pożaru, który po woli pożera duszę, zostawiając jedynie zgliszcza moralności, które w człowieku tkwiły. Czasu co prawda było niewiele, bo Marcin był coraz bliżej uporządkowania finansów firmy, jednak Robert okazał się podatny na wszelkiego rodzaju sugestie. Gawron miał doświadczenie w prowadzeniu negocjacji, wręcz urabianiu ludzi na swoją modłę. Wiedział, że gdy ktoś jest mentalnie pod ścianą, zgodzi się na wiele.
Plan był prosty, Robert miał zaczaić się na swojego oponenta i spuścić tęgie lanie. Jak się potem okazało, zrobił więcej niż trzeba. Z początku zaniepokoiło to Gawrona, ale z każdą kolejną chwilą czuł, jakby olbrzymi ciężar spadł mu z serca. Potrzebował tylko paru dni, a zyskał ich nieograniczoną ilość. Jego plan działała i to lepiej niż zakładał.
Tylko jedna rzecz nie dawała mu spokoju. Ten policjant, który prowadził śledztwo. Był wczoraj u Gawrona. Zadawał pytania na temat tej cholernej plakietki. Pytał o to, czy dwadzieścia minut przed zabójstwem wykonywał jakieś telefony. Jednym słowem strasznie podejrzliwy i niebezpieczny typ.
Kilka najbliższych dni będzie decydujące. Gawron będzie siedział jak na szpilkach i wyczekiwał kolejnych komunikatów z tej sprawy. Czy Robert o nim wspomni? Czy powie, że rozmawiali tuż przed zabójstwem?
Tomasz Gawron dopił drinka i ciężkim krokiem udał się do kuchni, aby zrobić sobie kolejnego.
*
Mazur stał długi czas na dworze. Wiatr lekko smagał jego twarz, a krople deszczu obmywały kurtkę z całodniowego kurzu. Park Podolski o tej porze był prawie całkowicie wyludniony. Może kilka osób zdecydowało się na spacer z psem, ale nawet gdyby tabuny ludzi przewaliły się teraz przez ten zielony teren, Mazur w ogóle by tego nie zanotował. W głowie analizował wszystkie fakty, które zabrał i powoli łączył w całość.
Kilka minut po 21 udał się na krótką przejażdżkę, a dokładnie spod budynku, w który pracował Świebodziński, przejechał do miejsca, skąd według operatora telefonii komórkowej wykonane zostało ostatnie połączenia do Roberta Pakuły. Odczekał dokładnie tyle ile trwała rozmowa, według zapisu na kamerze. Po tym zawrócił auto i udał się z powrotem do firmy. Zajęło mu to około pół godziny. Przypadek? Możliwe.
A ten numer z zapomnianą karta? Akurat tego dnia...
Mazur podniósł głowę do góry tak, że teraz krople deszczu spadały na jego czoło.
- Ty coś wiesz! Ale ja nie jestem w stanie ci tego udowodnić.
Rzekł te słowa do siebie, ale na tyle głośno, że kobieta przechodząca obok z psem, spojrzała podejrzliwie na niego i przyspieszyła kroku.