poniedziałek, 10 czerwca 2019

ROZDZIAŁ I


         Tuż przed północą zadzwonił telefon funkcjonariusza CBŚ starszego sierżanta Zbigniewa Mazura, który w tym czasie oddawał się lekturze jednego z licznych reportaży, które zdobiły półkę z książkami wiszącą nad jego łóżkiem.
            Mężczyzna westchnął i niechętnie odłożył książkę na biurko, które stało obok kanapy. Następnie sięgnął po telefon i odebrał połączenie.
- Mazur, słucham.

- Wiem, że nie śpisz, a sprawa jest paląca – w słuchawce odezwał się ochrypły głos inspektora Bieleckiego, przełożonego Mazura – przejdę od razu do rzeczy. Osiedle Majowe, kojarzysz?

- Kojarzę, nawet bardzo dobrze. Sąsiaduje z moim osiedlem. Przechodzę przez park i jestem na miejscu, a w czym problem? Pijemy?

- Bez żartów Mazur. Jeden z jego mieszkańców został zabity parę godzin temu. Cios nożem. Przydzieliłem cię do tej sprawy.

- To miłe, że spytał mnie pan o to czy chcę brać w tym udział – odparł Mazur, który powoli wstawał z łóżka – motyw rabunkowy?

- Na to wychodzi.
- Daj mi piętnaście minut.
            Zbyszek rozłączył się, zanim Bielecki zdążył cokolwiek odpowiedzieć i udał się do przedpokoju. Nałożył na siebie kurtkę, przyodział buty i nie gasząc światła opuścił mieszkanie, kierując się w stronę miejsca zbrodni. Chłodny wiatr smagał policzki funkcjonariusza policji, który zdawał się tego nie dostrzegać. Codzienne przebieżki o poranku zahartowały go na nieprzyjemności pogodowe, które niosły ze sobą jesienne dni. Mężczyzna stawiał szybkie kroki, po drodze, którą znał na pamięć. Przemierzał ją setki razy, gdy jeszcze odwiedzał swoich dobrych znajomych na Osiedlu Majowym, zanim ci przeprowadzili się do nowego, większego mieszkania na Bałutach, zaraz po tym gdy urodziło im się dziecko. Początkowo był pomysł, że Zbyszek sprzedałby swojego stare mieszkanie i zaciągnąwszy niewielką pożyczkę w banku, odkupiłby od nich lokum. Dużo większy metraż i balkon nie przekonały go jednak do tego, a małe mieszkanie, w którym obecnie egzystował, w zupełności mu wystarczało.

*

            Na miejscu był szybciej niż zakładał, bo już po dziesięciu minutach spoglądał na otoczone policyjnymi taśmami miejsce zbrodni. Dwa policyjne radiowozy stały z włączonym sygnałem świetlnym. I po cholerę oni taki festiwal urządzają. Przecież już całe osiedle wie, że oni tutaj są – pomyślał. Kilku funkcjonariuszu otaczało teren, nie dając zbliżyć się do miejsca zbrodni gapiom, którzy zebrali się w niewielką grupkę. Mazur rozejrzał się na boki i dostrzegł, że z kilku okien oraz balkonów bloków, między którymi rozegrała się tragedia, spozierają ciekawskie twarze mieszkańców osiedla.
- Panie starszy sierżancie! Tutaj! – Mazura przywołał młody policjant, którego śledczy nie znał. Chłopak był wyższy o pół głowy. W przeciwieństwie do Mazura miał ciemne włosy i piwne oczy oraz łagodne rysy twarzy.

- Skąd wiedziałeś, że ja to ja? Nie mam na sobie żadnych insygniów.

 - Prawdę mówiąc, to nie wiedziałem – odparł zakłopotany funkcjonariusz – pana koledzy powiedzieli, że… no…

- …że zbliża się ten magik Mazur?

„Magik” to było najłagodniejsze określenie, jakim koledzy z pracy ochrzcili Mazura. Ze względu na swoje zarówno niekonwencjonalne metody pracy, jak i sposób bycia, cieszy się opinią człowieka mocno specyficznego, który kontakty z ludźmi ogranicza do niezbędnego minimum. Nie można jednak nazwać go człowiekiem aspołecznym, gdyż poproszony o pomoc, zawsze jej udzieli. Był po prostu typem człowieka, który źle się czuł w towarzystwie osób, w jego mniemaniu, mniej bystrych od niego.
Mazur nic nie odpowiedział, tylko przeszedł pod taśmą i powoli zbliżył się do ciała ofiary. Sądząc po rozstawionych numerkach używanych przy zdjęciach, fotograf oraz technicy zrobili już swoje.
- Witaj Mazur – starszy od Zbyszka funkcjonariusz, wyłonił się zza jego pleców, wyciągając w geście powitalnym rękę. Jego silna dłoń przypominała imadło. Niejeden młody człowiek dałby wiele, żeby w wieku pięćdziesięciu lat być tak silnym i sprawnym, jak nadkomisarz Borowiec. Niewysoki, krzepki mężczyzna, z siwą, przerzedzoną czupryną, którego oddech rozsiewał kwaśny zapach tytoniu, spoglądał na martwe ciało ofiary.

- Ofiara to Marcin Świebodziński, lat czterdzieści dwa. Kilka ciosów nożem prosto w splot, brak śladów walki. Ciało zostało znalezione przez tutejszego mieszkańca podczas spaceru z psem.

- Rozumiem, że przesłuchujecie mieszkańców tych dwóch mrowisk? – Mazur wskazał na bloki po obu stronach miejsca zbrodni.

- Chłopcy już się tym zajęli. Wezwaliśmy też technika odpowiedzialnego za nagrania z kamer. Za parę godzin powinniśmy mieć wszystko.

- Przy bramie jest budka stróża, przesłuchiwaliście go już może?

- Mieliśmy zacząć, ale przyszedłeś. Gość jest trochę w szoku, w końcu na jego zmianie zabili człowieka.

- Zaraz z nim sam porozmawiam, ale najpierw przyjrzę się ciału, jeśli pan pozwoli.

- Proszę bardzo – Borowiec wyjął z kieszeni skręcanego papierosa i wetknął go do ust, po czym podpalił zapalniczką.

Mazur podszedł do denata i pochylił się nad nim. Śladów było niewiele, natomiast samo ciało leżało na brzuchu. Technicy, po wykonaniu swojej pracy ułożyli je tak, jak je zastali. LEWA RĘKĄ ZNAJDOWAŁA SIĘ POD CIAŁEM NA WYSOKOŚCI MOSTKA. OFIARA, PO PCHNIĘCIU NOŻEM ODRUCHOWO CHWYCIŁA ZA BOLĄCE MIEJSCE. PIERWSZY WNIOSEK: LEWORĘCZNY. Prawa leżała zgięta, wierzchem dłoni skierowanym ku górze. PALCE DELIKATNE, BRAK ŚLADÓW CIĘŻKIEJ PRACY, OBRĄCZKA NA PALCU. WNIOSEK DRUGI: PRACOWNIK UMYSŁOWY, ŻONATY. Mazur przejechał ręką po plecach i nogach ofiary. Postura wskazywała na brak większej aktywności ruchowej. Późny powrót do domu oraz brak zakupów sugerują, że albo wracał z pracy albo od kochanki. Mazur pochylił się nad ciałem i wciągnął głębiej powietrze. Jego nozdrzy dobiegł lekko zwietrzały już zapach męskich perfum. Brak domieszki woni perfum żeńskich. WNIOSEK TRZECI: ZAWÓD Z DUŻĄ LICZBĄ NADGODZIN. PRAWNIK, KSIĘGOWY, INFORMATYK, MENADŻER ITP.

- Wiadomo czym dokładnie zajmowała się ofiara? – spytał Mazur.

- Pracował… – Borowiec sięgnął do kieszeni po swój notes - Statik Soft Korpora?

- Statistic Soft Corporation.

- Tak dokładnie, skąd wiesz? Znasz go?

- Jego nie, ale znam firmę. Wygrała przetarg na stworzenie systemu do liczenia głosów w przyszłych wyborach.

- Polityka… tfu!

- Czym się w niej zajmował?

- Był buchalterem, ale więcej nie powiem, bo się na tym nie znam. Babeczka rzucała słowami, których ja nie byłem w stanie powtórzyć, a co dopiero zrozumieć czy zapamiętać. W każdym razie młody – wskazał ruchem twarzy na funkcjonariusza, który powitał Mazura – zajął się wszystkim. Jest ogarnięty w tych sprawach.

- Rozmawialiście z żoną?

- Jest z nią pani magister?

- Szewczyk?

- Nie inaczej. Swoją drogą niezła z niej babeczka, szkoda że nie jestem młodszy.

Dorota Szewczyk, jeden z lepszych psychologów policyjnych w mieście, podobnie jak jej koledzy po fachu była sprowadzana do rodziny ofiary. To między innymi na jej barkach spoczywał nieprzyjemny obowiązek, przekazania informacji o tragedii, jak również udzielenia duchowego wsparcia w najtrudniejszym momencie.

- Mniejsza z tym, dzisiaj i tak na nic mi się nie przyda.

- Mówisz jakby to był przedmiot – nadkomisarz wzdrygnął się lekko.

- Chyba nie oczekujesz, że pochylę się nad nią i zacznę rozczulać. Śmierć bliskiej osoby jest straszna, sam tego doświadczyłem, ale empatia jest w tym momencie ostatnią rzeczą jakiej potrzebuję.

Borowiec skrzywił lekko twarz. Zawsze tak robił, gdy coś go irytowało lub wzbudzało niesmak.

- Słuchaj, wiem że lata pracy w tym zawodzie i mnie pozbawiły pewnych ludzkich odruchów, ale…

- Ludzkich odruchów? Jakich mianowicie? Oddychania?

- Do diabła, Mazur! – Borowiec poczerwieniałe na twarzy – wiesz dobrze o czym mówię! Chodzi o ludzkie życie, czy ciebie w ogóle to interesuje?!

- Tak, wiem i uważam, że gadasz bez sensu. Moim zadaniem jest znalezienie mordercy i ustalenie przyczyn zabójstwa. Wszelkie uczucia są dla mnie balastem, dlatego je odsuwam na bok.

Borowiec miał okazję już kilka razy pracować z Mazurem. Sam przez lata pracy w policji uodpornił się na okropieństwa, z którymi człowiek spotyka się w tym zawodzie. Nie mógł jednak zrozumieć jak człowiek może być aż tak chłodnym i niewzruszonym na ludzkie cierpienie.

- Czujesz się rozczarowany moją postawą?

- A jak myślisz?

- Jeśli szukasz bohatera, to idź do kina.

Borowiec nic nie odpowiedział. Pokręcił zrezygnowany głową i znów spojrzał na martwe ciało.

- Niech mnie pan zaprowadzi do stróża, proszę. Muszę mu zadać kilka pytań.

- Jest tam z jednym z naszych – Borowiec wskazał niewysokiego starszego mężczyznę, który stał około trzydzieści metrów od miejsca zbrodni, przy placu zabaw. Towarzyszył mu młody policjant, ten sam który jako pierwszy przywitał Mazura – nazywa się Waldemar Wolski.

            Mazur podziękował kiwnięciem głowy i udał się w kierunku stróża i towarzyszącego mu policjanta.

- Jest pan wolny – zwrócił się do młodzieńca, gdy tylko zbliżył się od nich na odległość paru kroków.

- Tak jest, dziękuję – odparł młodzieniec z uprzejmością charakterystyczną dla początkujących funkcjonariuszy i oddalił się szybkim krokiem.

- Pan Waldemar Wolski jak rozumiem?

- Tak…

            Mazur przyjrzał się mężczyźnie, który wiekiem podchodził pod wiek emerytalny z siwiejącą, przerzedzającą się czupryną, lekko przygarbiony. Ubrany był w grubą kurtkę z taniego materiału, lekko przykrótkiej gdyż z dołu wystawała spod niej służbowa – jak się Mazurowi wydawało – marynarka. Dłonie trzymał w kieszeniach, zaś zmęczonym wzrokiem spoglądał w kierunku, gdzie grupka ludzi otaczała martwe ciało.

- Starszy Sierżant Zbigniew Mazur z Centralnego Biura Śledczego. Chciałem zadać panu kilka pytań

- To straszne... przecież on jeszcze wczoraj ze mną rozmawiał, a teraz? I to gdzie? Tutaj na tym osiedlu, a ja byłem akurat w toalecie.

- Rozmawiał pan z nim wczoraj? Mam rozumieć, że znał pan ofiarę?

- Tak, znałem. Znaczy, nie jakoś dobrze, tyle co czasem mówiliśmy sobie dzień dobry czy dobry wieczór i czasem trochę pogadaliśmy. Bardzo sympatyczny człowiek.

- Jak by go pan opisał poza tym, że sympatyczny?

- Bo ja wiem, ogólnie grzeczny i spokojny facet. Taki wiem pan, ukłoni się każdemu, pogada.

- Rozumiem – Mazur wziął głębszy oddech i rozejrzał się dookoła, po czym wskazał wzrokiem na jeden z bloków – a pozostałych mieszkańców pan zna albo chociaż kojarzy?

- Tylko z widzenia i to też nie wszystkich. Wie pan, człowiek tutaj siedzi sam, od czasu do czasu tylko udaje się na obchód, a tak to siedzi w tej budce i jedyne co robi to patrzy kto wchodzi, a kto wychodzi.

- No dobrze, ale nie jest tak, że musi pan znać ludzi na osiedlu? Przecież powinien pan chyba wiedzieć kto ma prawo wstępu, a kto nie?

- A po co? – mężczyzna wzruszył ramionami – ten kto mieszka na osiedlu ma klucz do furtki albo pilota do bramy, a jak ktoś chce wejść spoza osiedla to dzwoni domofonem do znajomych. Ja mam jedynie zatrzymywać tych, co to pod szlabanem chcieli by przejść.

- Jest w tym jakaś logika – odparł Mazur bardziej do siebie niż do rozmówcy, po czym dodał głośniej – skoro pan nie zna ludzi, to nie wie pan, jakie relacje łączyły ofiarę z mieszkańcami osiedla. Nie wie pan czy miał tu jakichś wrogów albo chociaż wszedł z kimś w zatarg?

- Paaanie – stróż machnął ręką – jaki zatarg? Pan Marcin i kłótnia? Całe życie pracowałem z ludźmi. A to jako goniec, potem jako portier w hotelu, później byłem brygadzistą na budowie. Pan rozumie, cały czas z ludźmi. Pracowałem z różnymi to się na nich znam, wiem co i jak. Pan Marcin to taki, który kłótni unika jak ognia. On nie lubi zatargów. Gdyby mi ktoś teraz powiedział, że on się z kimś pokłócił, z tego miejsca bym go wyśmiał.

- W porządku, dziękuję panu bardzo. To na razie wszystko, ale gdyby się coś panu przypomniało, to proszę się skontaktować z nadkomisarzem Borowcem albo ze mną – mówiąc to, dał mężczyźnie swoją wizytówkę.

- Dobrze. Mam nadzieję, że złapiecie tego bandziora.

            Mazur przywołał młodego policjanta, który stał niedaleko i poprosił, aby odprowadził portiera na jego stanowisko. To co prawda kilka metrów, ale Mazur uznał, że mężczyzna, gdy tylko szok minie, może zacząć obwiniać się o to, że nie było go na posterunku. Dobrze by było, gdyby miał kogoś przy sobie, a przy okazji może mu się coś jeszcze przypomni. Następnie wrócił z powrotem do Borowca, który stał oparty o radiowóz.

- Karetka powinna być już dawno.

- Jak tylko lekarze stwierdzą zgon i zabiorą ciało, wracajcie do domu. Tutaj już nic nie zdziałamy.

- A co z zabezpieczeniem miejsca zbrodni?

- To co technicy mieli znaleźć, już znaleźli. Jeśli spodziewacie się znaleźć odciski butów, możecie zapomnieć. Pomijając fakt, że na asfalcie ich nie znajdziecie, trawa na osiedlu jest na tyle gęsta, a gleba na tyle stwardniała od zimna, że szkoda waszej energii. Jeśli nie zostawił nic ciężkiego, czego nie porwałby wiatr, również nie ma sensu przeczesywać terenu.

- Może jednak coś zostawił. Rabusie często działają w pośpiechu i pod wpływem impulsu.

- Tak, ale moim zdaniem to nie był napad na tle rabunkowym, a planowane morderstwo.

*

            Mazur zamiast do domu, udał się na krótki spacer po osiedlu. Było to jedno z tych nowych, ogrodzonych osiedli, na które składało się sześć bloków, parkingi naziemnie oraz te usytuowane pod budynkami, jak również plac zabaw. Całe było otoczone dwumetrowym, drucianym płotem. Na teren osiedla prowadziły dwa wejścia. Jedno główne, na które składała się brama oraz furtka. To tam urzędował portier. Drugie wyjście znajdowało się po drugiej stronie osiedla i stanowiło jedynie furtkę, wychodzącą na działki. Łatwo dostrzegł kamery, które przez całą dobę monitorowały osiedle. Jedna była umieszczona na bloku sąsiadującym z blokiem ofiary. Kolejne dwie usytuowane były przy wejściach na teren zamieszkania. Jeszcze inne penetrowały wnętrze osiedla.

Po tych oględzinach pojechał na komisariat, gdzie na biurku znajdował się raport sporządzony przez techników kryminalistyki z załączonymi doń zdjęciami z miejsca zbrodni. Mazur przejrzał je bardzo uważnie, jednak nie dostrzegł niczego szczególnego, co przykułoby jego uwagę. Usiadł na krześle i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w czarny ekran monitora. Czekał na nagrania z osiedlowych kamer, które ostatecznie potwierdziłyby jego hipotezę.

- Mogę cię o coś spytać?

Z zadumy wyrwał głos Borowca, który dopiero teraz przyjechał na komisariat. Mazur nie odrywał wzroku od czarnej pustki ekranu, a także nie odezwał się słowem.

- Jak mianowicie wpadłeś na to, że morderstwo jest zaplanowane? – Borowiec nie dawał za wygraną.

Mazur wziął głębszy oddech i spojrzał na starszego funkcjonariusza.

- Domyślam się, że napady na osiedlu strzeżonym, to raczej nietypowy proceder, bo po co ryzykować wpadki dla kilkunastu złotych, choć mimo wszystko jest to prawdopodobne. Jednak skąd u Ciebie taka pewność?

- To dość proste – odparł w końcu starszy sierżant i pochylił się lekko do przodu, opierając łokcie o blat i splatając palce dłoni – po pierwsze, jak sam zauważyłeś nie byłoby do końca mądre wkradać się na osiedle, na którym są kamery i zabijać człowieka, ale od początku. Zabójstwa mógł dokonać ktoś z zewnątrz lub wewnątrz. Tą drugą opcję można wykluczyć, bo jak ciężkim idiotą trzeba by być, żeby zaszlachtować kogoś na swoim osiedlu. Średnio ogarnięty orangutan domyśliłby się, że wypadałoby chociaż wybrać takie miejsce, które posiada martwe punkty.

- Miejsca, gdzie oko kamer nie sięga.

- Dokładnie. Odsunąłem zatem na bok tą hipotezę jako najmniej prawdopodobną.

- Zatem to ktoś z zewnątrz.

- Zgadza się. Tyle, że w takim wypadku trzeba się jakoś dostać na osiedle. Można przeskoczyć przez ogrodzenie. Widziałeś je. Dla młodego i w miarę sprawnego człowieka to żadna przeszkoda.

- Zostają jednak kamery.

Mazur pokiwał twierdząco głową.

- Portier ma wgląd w swojej kanciapie na obraz z kamer, dzięki temu widzi co się dzieje na osiedlu. Można oczywiście zaryzykować, że odźwierny w tym wypadku zamiast na monitoring, spogląda na telewizor, gdzie dzieją się ciekawsze rzeczy, ale po co ryzykować?

- Stoi zatem przy bramie i czeka na odpowiedni moment, który jest obchód recepcjonisty?

- Zgadza się. Najtrudniej jest dostać się na osiedle. Potem już jest z górki. Skoro nie robi nic niepokojącego, to dlaczego nasz stróż miałby się do niego fatygować?

- Logiczne. A obraz z kamer ma potwierdzić twoje przypuszczenia, jak rozumiem.

- Potrzebuję obrazu z dwóch kamer. Pierwsza pokazująca ujęcie z głównej bramy, a drugi z miejsca zbrodni.

- Tą drugą to rozumiem. Sami na nią czekamy, ale ta pierwsza?

- Zauważ, że budka stróża umieszczona jest w rogu osiedla. Aby mieć idealny wgląd na nią i na to gdzie portier się udaje, trzeba stać na wprost bramy. Rozmawiałem z panem Waldkiem i pokazał mi swoje miejsce pracy. Kamera z tego miejsca, jest tak usytuowana, że ogarnia swoim zasięgiem nie tylko bramę, ale kilka metrów za bramą do kontenerów ze śmieciami, które należą do właściciela magazynów znajdujących się na wprost. Obraz jest na tyle wyraźny, że można dostrzec, czy ktoś tam stoi.

Borowiec pokiwał głową.

- Załóżmy, że ktoś tam czekał. Portier go nie zauważył?

- Też się nad tym zastanawiałem. W końcu przyszła mi jedna myśl do głowy. Jak już wspomniałem, kilka metrów od bramy znajdują się kontenery na śmieci. Czy uważasz, że bezdomny, grzebiący w śmieciach lub siedzący tam i pilnujący tego miejsca, będzie wzbudzał czyjeś podejrzenia?

- Nie…ale…bezdomny? Chcesz powiedzieć, że nasz zabójca…

- Nie wiem, czekam na materiał wideo, ale idę o zakład, że nasz zabójca w stroju bezdomnego czekał, aż portier uda się na obchód, wszedł na osiedle i następnie upewniwszy się, że nie natknie się na naszego Waldka, wyczekiwał spokojnie swojej ofiary.

- Magik!

Borowiec i Mazur spojrzeli w kierunku skąd doszedł głos. Do biurka Zbyszka zbliżał się energicznym krokiem starszy posterunkowy Seweryn Milewicz. Wysoki, jasnowłosy mężczyzna, dość mocno zbudowany był prawdziwą duszą towarzystwa. Zawsze roześmiany, sypiący anegdotami, dla co poniektórych był mocno irytujący swoim sposobem bycia. Jeden z tych, co to mają wygórowane mniemanie o sobie, a niewiele robią by to potwierdzić, bo są tak wspaniali, że im się wszystko należy.

- Znowu stosujesz te swoje sztuczki? – ironiczny uśmiech prawie nigdy nie schodził policjantowi z twarzy. Wyjątkiem była sytuacja, w której ktoś  - w jego mniemaniu - ośmielił się go skrytykować.

- To nie sztuczki, a zwykła obserwacja i logika – odparł spokojnie Mazur, po czym zwrócił się z powrotem do Borowca, starając się zbyć niechcianego rozmówcę obojętnym tonem – jak już mówiłem…

Starszy posterunkowy Seweryn parsknął śmiechem, zwracając tym samym na siebie uwagę jeszcze dwóch innych policjantów, którzy akurat znajdowali się na komisariacie.

- Mógłbyś się łaskawie przymknąć? – odparł spokojnie Mazur, gdy śmiech jego prześmiewcy nieco zelżał – zaniżasz IQ całego komisariatu, a ludzie tu pracują.

Seweryn w jednej chwili spochmurniał. Wbił pełen nienawiści wzrok w Mazura.

- Jeśli skończyłeś bądź łaskaw oddalić się. Stężenie idiotów na metr kwadratowy przekracza dopuszczalną dawkę.

- Zamknij się posrańcu! – Seweryn pałał w tym momencie prawdziwą nienawiścią do Mazura. Prawdopodobnie tylko obecność Borowca powstrzymała go przed rzuceniem się na tego, który przed chwilą z niego zakpił.

- Posterunkowy Milewicz! – Starszy policjant postanowił interweniować – dosyć tego! Wracać do swoich obowiązków!

- Ale…

- Natychmiast!

Seweryn nic nie odparł, tylko odwrócił się napięcie i oddalił się energicznym krokiem, sypiąc po drodze kilkoma przekleństwami.

- Przypomnij mi, dlaczego zatrudniamy takich idiotów? Inteligencja to dziś towar deficytowy?

- Mazur do cholery!

- Po prostu uważam, że niektórzy ludzie zajmują zbyt wysokie stanowisko co do ich kompetencji. Gdzie te czasy, kiedy przyjmowaliśmy do pracy ludzi naprawdę kompetentnych, a nie z łapanki?

- Cholera jasna! Czy możesz się zamknąć i skupić na sprawie?!

- Przemyślę temat.

Borowiec nic nie odpowiedział, tylko w gniewie machnął ręką. Miał już odejść, gdy podszedł do nich mężczyzna, jak się okazało jeden z techników, który zebrał materiał nagrań z osiedlowych kamer.

*

            Nagranie tylko potwierdziło teorię Mazura. Widać było dokładnie, jak ktoś czeka przed bramą, aż dozorca uda się na obchód. Nieznajomy wślizguje się i czeka na parkingu przed domem ofiary, skryty w cieniu.

- Morderstwo z premedytacją – rzekł spokojnie Mazur – teraz pozostaje tylko znaleźć motyw.

piątek, 7 czerwca 2019

PROLOG


- Uwaga! wchodzicie za pół minuty! – gruby głos koordynatora wiadomości wieczornych rozszedł się po całym studio niczym ryk silnika. Gościem programu był Szef Krajowego Biura Wyborczego, Damian Wiśniewski, pięćdziesięcioletni mężczyzna i ciemnych włosach, na których ząb czasu pozostawiał coraz więcej szronu. Jego ciemne oczy spoglądały w kierunku młodej, atrakcyjnej dziennikarki, która za chwilę miała z nim przeprowadzić wywiad na temat zbliżających się wyborów samorządowych oraz nowym programie do liczenia głosów. Wszyscy jeszcze mają w pamięci wybory z listopada 2014 roku, kiedy to zawiesił się ówczesny program stworzony właśnie do tego celu. Podczas wyjaśniania sprawy, ujawniono kilka nieprawidłowości zarówno w samej organizacji przetargu, jak również w działaniu systemu, który powstał na trzy miesiące przed samymi wyborami.

            Mogłoby się wydawać, że dziennikarka wywarła spore wrażenie na Wiśniewskim, który nie odrywał wzroku od jej twarzy o gładkiej cerze. Mężczyzna jednak po raz kolejny odgrywał w myślach scenę wywiadu, który ma się za chwilę odbyć. W tym roku chciano uniknąć jakiejkolwiek wpadki. Wszystko miało być dopięte na ostatni guzik, toteż do stworzenia takiego programu, odpowiednią zdawałoby się firmę znaleziono wcześniej, bo z rocznym wyprzedzeniem. Negocjacje trwały długo, jednak obie strony doszły do porozumienia, które je satysfakcjonuje.

- Jeszcze dziesięć sekund!

- Asiu, powodzenia – rzucił szef wiadomości w kierunku prezenterki, dla której nie była to pierwszyzna. Kobieta uśmiechnęła się zalotnie i przejrzała szybko w lusterku. Ciemne blond włosy spięte w kok, idealnie współgrały z makijażem, który dobrała wizażystka. Joanna Chmielewska, była dwudziesto-dziewięcio letnią prezenterką, której twarz od prawie trzech lat gości na ramówce wieczornych wiadomości. W tym czasie przeprowadziła ponad sto wywiadów, wyrabiając w sobie pewien automatyzm. Bez chwili zastanowienia wiedziała kiedy i jakie pytanie ma zadać. Nic więc dziwnego, że była głównym faworytem do prowadzenia nowego programu, w którym gośćmi miały być znane persony ze świata polityki oraz biznesu.

- Trzy, dwa, jeden!

- Dobry wieczór państwu, Joanna Chmielewska, wiadomości. Zbliżające się wybory samorządowe to nie tylko moment, kiedy to obywatele mają możliwość zdecydowania o tym, kto będzie sprawował władzę w ich rejonie. To także czas, aby zadać pytanie czy w tym roku, Państwowa Komisja Wyborcza zrobiła wszystko, aby nie doszło do powtórki z 2014 roku, kiedy to niewydolny system wyborczy nie podołał próbie przerobienia olbrzymiej ilości danych, którą wówczas otrzymał. W studiu ze mną jest Szef Krajowego Biura Wyborczego, Damian Wiśniewski.

- Dobry wieczór pani, dobry wieczór państwu – mężczyzna przywitał się spokojnym, łagodnym tonem głosu – bardzo szybko przeszła pani do rzeczy.

Kobieta uśmiechnęła się lekko.

- Myślę, że to dobra okazja, aby choć trochę ocieplić wizerunek pańskiej Instytucji. Według naszych sondaży prawie połowa respondentów, nie jest przekonana co do uczciwości jakichkolwiek wyborów, które odbywają się w naszym kraju. Sam pan przyzna, że nazwijmy to – incydent, sprzed czterech lat nie poprawia sposobu w jaki Polacy postrzegają instytucję  wyborów, jak również poddają w wątpliwość system, który nazywamy demokracją.

- To prawda pani redaktor. Poza strategią wdrożenia nowego programu, trzeba było także zadbać o dobry, nazwijmy to, PR w mediach. Jednym z warunków, aby to osiągnąć, było uderzenie się w pierś i przyznanie do błędu. Nie będę ukrywał, że zarówno ja, choć nie pełniłem wówczas roli Szefa Krajowego Biura Wyborczego oraz moi znakomici koledzy i koleżanki, nie jesteśmy zadowoleni z tego, co miało miejsce cztery lata temu. Nie wszystkie decyzje były dobre, stąd też nauczka dla nas, żeby następnym razem wszystko zorganizować perfekcyjnie. Aby to osiągnąć, podjęliśmy ku temu niezbędne kroki.

- Jakie to kroki? – prezenterka nie spuszczała z gościa oczu i co chwila potakiwała głową, podczas gdy Wiśniewski udzielał odpowiedzi na jej pytania.

- Po pierwsze: przetarg był ogłoszony na rok przed wyborami. Chcieliśmy uniknąć sytuacji, w której program będzie tworzony na przysłowiowym kolanie. Zależy nam na tym, aby był on pozbawiony wszelkich błędów. To wymaga czasu gdyż, oprócz procesu tworzenia należy uwzględnić także fazę testów. Po drugie: tak jak do tej pory cena grała dużą, o ile nie główną rolę w wyborze firmy, która miałaby zająć się tworzeniem takiego oprogramowania, tak teraz chcemy postawić na doświadczone konsorcjum. Zdajemy sobie oczywiście sprawę, że nie będzie to tanie, ale jak mówiłem, zależy nam na profesjonalnym wykonaniu.

- Jakie firmy zatem były brane pod uwagę?

- Przede wszystkim takie, które na co dzień pracują z dużą ilością danych oraz mają dobrze rozwiniętą branże IT. Najpewniejszymi były przedsiębiorstwa zajmujące się dostarczaniem swoim klientom oprogramowania statystycznego, ale nie tylko.

- Jak rozumiem, w cenę wchodzi nie tylko stworzenie  takiego oprogramowania, ale dostarczenie urządzeń liczących w postaci skanerów, które już teraz używane są chociażby na niektórych uczelniach?

- Dokładnie!

- Ale czy taki sprzęt, nie był używany przy poprzednich wyborach? - Kobieta sprawiała wrażenie niewzruszonej, jakby wszelkie emocje zakopała gdzieś w najgłębszych zakamarkach swojego umysłu.

- Oczywiście, proszę jednak pamiętać, że jest to sprzęt wiekowy, w którym łatwiej o awarie, a tego chcemy uniknąć. W końcu przyszedł czas, że trzeba sięgnąć głębiej do kieszeni i zmodernizować nasz system liczenia głosów.

- Oczywiście ma pan na myśli kieszeń obywatela.

- To są koszty niezbędne, związane z prawidłowym funkcjonowaniem demokracji pani redaktor – ostatnie dwa słowa Wiśniewski wypowiedział z większym naciskiem niż powinien. Uznał, że ostatnie zdanie dziennikarki było niepotrzebne i sentencjonalne – wiem, że obywatele źle reagują, gdy są podejmowane kolejne wydatki na administracje. Niestety pewne przedsięwzięcia prędzej czy później trzeba podjąć. Przedmioty się zużywają i trzeba je wymieniać. Nie jestem zwolennikiem rozbuchanych wydatków, ale czasem są one nieuniknione.

- Skoro ma to pomóc w zapobieżeniu powtórzenia błędów z przeszłości, to myślę, że Polacy zrozumieją konieczność tych wydatków. Jeżeli mogę spytać, to czy został już wyłoniony zwycięzca przetargu?

- Jak najbardziej – twarz Wiśniewskiego, do tej pory nie zdradzająca specjalnych emocji, nagle wypogodziła się. Sztuczny uśmiech został zastąpiony prawdziwym, szczerym – z radością pragnę ogłosić, że wczoraj zapadła decyzja dotycząca przetargu. Wygrała firma znana w środowisku biznesowym, która spełniła nasze wymagania co do profilu. Jest nią konsorcjum „Statistic Soft Corporation”.

- Rzeczywiście znana marka, już wcześniej była przez wielu dziennikarzy uznawana za faworyta tego wyścigu. Co ciekawe ta firma, podobnie jak poprzednia, również pochodzi z Łodzi. Nie boi się pan, że miasto to po raz drugi może okazać się pechowe dla wyborów?

- Tak, to prawda – Wiśniewski przybrał teraz zamyślony wyraz twarzy. Był gotowy na ten mały prztyczek ze strony mediów – Jednak nie jestem przesądny i nie wierzę w fatum, a w to że ludzie z „SSC” sprostają temu wyzwaniu. Mają niezbędne ku temu doświadczenie, wiedzę oraz zaplecze techniczne, aby ten cel osiągnąć.

- My również mamy taką nadzieję i życzymy powodzenia łódzkiej firmie w realizacji postawionych przed nią zadań. Ostatnie pytanie. Czy tajemnicą jest kwota wynagrodzenia dla firmy?

Wiśniewski na chwilę zdjął okulary i potarł miejsce na grzbiecie nosa, w które zaczęły upijać go noski okularów. Po chwili założył je z powrotem.

- Oczywiście zdają sobie państwo sprawę z tego, że wdrożenie nowego systemu wraz z kupnem niezbędnego sprzętu, wiąże się ze sporymi wydatkami. Jeśli system się sprawdzi, będzie on wykorzystany także przy najbliższych wyborach parlamentarnych oraz prezydenckich.

- Rozumiem, zgodzi się pan jednak, że zarówno my jak i telewidzowie chcielibyśmy poznać szczegóły tej transakcji – Chmielewska nie dawała za wygraną. Nie trzeba wielkiego doświadczenie, aby wiedzieć, że każdy kto operuje pieniędzmi, jak ognia unika dyskusji publicznej na temat wydatków. Nie zamierzała jednak odpuścić. Wiedziała, że ma przewagę, i albo uzyska interesującą ją odpowiedź albo zadręczy swojego gościa niewygodnymi pytaniami, co na pewno dodało by pikanterii temu wywiadowi. To z kolei na pewno spodobałoby się jej przełożonemu.

Wiśniewski westchnął cicho, co nie uszło uwadze kamer i mikrofonów.

- Program oraz oprzyrządowanie, jak i dwuletnie usługi serwisowe to wydatek około miliona i siedmiuset tysięcy złotych – czuł, że gdy wypowiadał tą kwotę, uszło z niego całe ciśnienie.

Chmielewska nie dała po sobie poznać, choć wysokość kwoty mocno ją zaskoczyła, ale jak sama szybko stwierdziła, tym lepiej dla niej i dla telewizji. W tym momencie dostała sygnał od koordynatora, że ma kończyć, gdyż za chwilę będzie poruszany kolejny temat. Prezenterka odwróciła się prosto do kamery i wypowiedziała kwestie kończącą.

- Jak widać Państwowa Komisja Wyborcza mocno wzięła sobie do serca niefortunną wpadkę sprzed czterech lat. Jej członkowie nie szczędzą środków, aby zbliżające się wybory samorządowe przebiegły prawidłowo i żeby podobny incydent nie miał więcej miejsca. Czy ta inwestycja będzie trafna i spełni oczekiwania obywateli? Przekonamy się za niecały rok podczas wyborów. Moim gościem był Szef Krajowego Biura Wyborczego, Damian Wiśniewski – tutaj zwróciła się w kierunku mężczyzny - dziękuję panu bardzo za wizytę w studio.

- Ja również dziękuję i dobranoc państwu.

- Jest to wieczorne wydarzenie wiadomości, a już za chwilę…


*


            Wiśniewski z każdym krokiem, gdy opuszczał budynek stacji, stawał się coraz lżejszy. Choć nie miał za bardzo powodu, to jednak obawiał się, że kwota jest faktycznie zbyt wysoka. Z drugiej jednak strony, nigdy do tej pory nie przeprowadzano modernizacji całego systemu wyborczego i to na taką skalę. Mężczyzna zatrzymał się na chwilę i zdjął okulary. Dobył z kieszeni marynarki chusteczkę, którą przetarł szkła, po czym wsunął okulary z powrotem na nos, a chustkę wyrzucił do śmieci.

- Czym tu się w sumie przejmować? Pewne wydatki są nieuniknione – rzekł sam do siebie i ruszył na najbliższy postój taksówek.



DWA MIESIĄCE PÓŹNIEJ



            Marcin Świebodziński powoli zbliżał się swoim Audi do osiedla, na którym mieszkał. Cyfrowy zegar widniejący na desce rozdzielczej samochodu wskazywał, że dochodziła godzina dziesiąta wieczór. Listopadowe wieczory są już bardzo chłodne, toteż mężczyzna zmuszony był przesiąść się ze swojego ulubionego środka transportu jakim jest rower, właśnie do czterokołowca.

Mężczyzna czuł na sobie trudy dzisiejszego dnia, jednak wiedział, że czeka go jeszcze sporo pracy. Brama wjazdowa, jak zwykle była otwarta i wjazd na teren blokował tylko automatyczny szlaban, do którego każdy z mieszkańców osiedla miał pilota. Mężczyzna nacisnął odpowiedni przycisk i po chwili jego auto pojechało dalej. Kątem oka dostrzegł, że portiera nie ma w jego budce. Pewnie jest właśnie na obchodzie - pomyślał Świebodziński. Lubił tego człowieka. Często gdy wracał z zakupów z pobliskiego marketu, zatrzymywał się na dłuższy czas, aby porozmawiać z portierem o polityce, piłce nożnej czy też kobietach. Waldemar Wolski, bo tak nazywał się portier, był już w tym wieku, że na wszystkie z tych trzech tematów mógł tylko i wyłącznie ponarzekać, choć kochał swoją żonę i często jej to okazywał, gdy ta przynosiła mu jedzenie, do jego budki.

            Świebodziński podjechał pod swój blok i zaparkował samochód na swoim miejscu. Miał jeszcze dzisiaj sporo do zrobienia, toteż chciał jak najszybciej znaleźć się w domu. Mężczyzna wysiadł z pojazdu i miał właśnie zamykać drzwi, gdy nagle usłyszał za sobą obcy, zachrypnięty głos.

- Kierowniku, można na chwilkę?

            Marcin odwrócił się niepewnie i zdumiony ujrzał, że w jego kierunku zbliża się nieznajoma postać. W pierwszej chwili nie dowierzał temu co widzi, ale w końcu zmiarkował, że ma do czynienia z bezdomnym, co było dość niespotykane, gdyż ci trzymali się raczej z daleka od osiedli zamkniętych. Nawet jak któryś próbował wejść, zaraz ochrona go przepędzała.

- Kierowniku, ja tylko na chwilkę – powtórzył i podszedł bliżej. Wysoki, ubrany był w gruby zniszczony płaszcz. Głowa jego skryta była pod kapturem, natomiast sama twarz chowała się za bujną, niechlujną brodą. Jego chód był niepewny. Lekko chwiał się to w jedną to drugą stronę, widocznie zaprawiony tanią przepalanką na kolejną zimną noc.

Świebodziński odruchowo cofnął się od obcego.

- O co chodzi? Jeśli o pieniądze, to nie mam Zawsze używam karty – głos mu lekko zadrżał.

Bezdomny nic nie odparł, tylko dał jeszcze jeden krok na przód.

- Ale ja nie będę oszukiwał, osiemdziesiąt groszy do browara mi brakuje, daj szefie.

- Nie mam już ci mówiłem.

- A jak znajdę?

- Odejdź! Bo wezwę ochronę! – Świebodziński czuł, że nogi mu miękną. Taki obrót sprawy niemiło go zaskoczył. Nigdy do tej pory nie spotkał tak nachalnego bezdomnego. Zazwyczaj wystarczyło zwykłe nie mam daj mi spokój i delikwent odchodził, co najwyżej pomrukując złowróżbnie. Ten jednak bynajmniej nie planował poprzestać na słowach.

- Głuchy jesteś?!

Świebodziński dał jeszcze krok do tyłu i w tym momencie nieznajomy doskoczył do niego. W blasku latarni mignęło ostrze noża, nim jednak Marcin zdążył zareagować, zimna  stal wbiła się w jego ciało, przebijając czarny, gruby płaszcz. Ostrze utkwiło tuż pod splotem słonecznym, po czym szybko opuściło ciało, by zagłębić się w nim znowu. Nastąpiło jeszcze kilka pchnięć, aż w końcu bezwładne ciało powoli osunęło się na zimny asfalt, do którego przytuliła się jeszcze ciepła twarz. Szkarłatna stróżka krwi zaczęła tworzyć kałużę wokół ciała, która stopniowo się powiększała. Martwe oczy mężczyzny wpatrzone były w to miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał napastnik, a teraz nie było nikogo.