- Uwaga! wchodzicie za pół minuty!
– gruby głos koordynatora wiadomości wieczornych rozszedł się po całym studio
niczym ryk silnika. Gościem programu był Szef Krajowego Biura Wyborczego, Damian
Wiśniewski, pięćdziesięcioletni mężczyzna i ciemnych włosach, na których ząb
czasu pozostawiał coraz więcej szronu. Jego ciemne oczy spoglądały w kierunku
młodej, atrakcyjnej dziennikarki, która za chwilę miała z nim przeprowadzić
wywiad na temat zbliżających się wyborów samorządowych oraz nowym programie do
liczenia głosów. Wszyscy jeszcze mają w pamięci wybory z listopada 2014 roku,
kiedy to zawiesił się ówczesny program stworzony właśnie do tego celu. Podczas
wyjaśniania sprawy, ujawniono kilka nieprawidłowości zarówno w samej
organizacji przetargu, jak również w działaniu systemu, który powstał na trzy
miesiące przed samymi wyborami.
Mogłoby
się wydawać, że dziennikarka wywarła spore wrażenie na Wiśniewskim, który nie
odrywał wzroku od jej twarzy o gładkiej cerze. Mężczyzna jednak po raz kolejny
odgrywał w myślach scenę wywiadu, który ma się za chwilę odbyć. W tym roku
chciano uniknąć jakiejkolwiek wpadki. Wszystko miało być dopięte na ostatni
guzik, toteż do stworzenia takiego programu, odpowiednią zdawałoby się firmę
znaleziono wcześniej, bo z rocznym wyprzedzeniem. Negocjacje trwały długo,
jednak obie strony doszły do porozumienia, które je satysfakcjonuje.
- Jeszcze dziesięć sekund!
- Asiu, powodzenia – rzucił szef
wiadomości w kierunku prezenterki, dla której nie była to pierwszyzna. Kobieta
uśmiechnęła się zalotnie i przejrzała szybko w lusterku. Ciemne blond włosy
spięte w kok, idealnie współgrały z makijażem, który dobrała wizażystka. Joanna
Chmielewska, była dwudziesto-dziewięcio letnią prezenterką, której twarz od
prawie trzech lat gości na ramówce wieczornych wiadomości. W tym czasie
przeprowadziła ponad sto wywiadów, wyrabiając w sobie pewien automatyzm. Bez
chwili zastanowienia wiedziała kiedy i jakie pytanie ma zadać. Nic więc
dziwnego, że była głównym faworytem do prowadzenia nowego programu, w którym
gośćmi miały być znane persony ze świata polityki oraz biznesu.
- Trzy, dwa, jeden!
- Dobry wieczór państwu, Joanna
Chmielewska, wiadomości. Zbliżające się wybory samorządowe to nie tylko moment,
kiedy to obywatele mają możliwość zdecydowania o tym, kto będzie sprawował
władzę w ich rejonie. To także czas, aby zadać pytanie czy w tym roku,
Państwowa Komisja Wyborcza zrobiła wszystko, aby nie doszło do powtórki z 2014
roku, kiedy to niewydolny system wyborczy nie podołał próbie przerobienia
olbrzymiej ilości danych, którą wówczas otrzymał. W studiu ze mną jest Szef
Krajowego Biura Wyborczego, Damian Wiśniewski.
- Dobry wieczór pani, dobry wieczór
państwu – mężczyzna przywitał się spokojnym, łagodnym tonem głosu – bardzo
szybko przeszła pani do rzeczy.
Kobieta uśmiechnęła się lekko.
- Myślę, że to dobra okazja, aby
choć trochę ocieplić wizerunek pańskiej Instytucji. Według naszych sondaży
prawie połowa respondentów, nie jest przekonana co do uczciwości jakichkolwiek
wyborów, które odbywają się w naszym kraju. Sam pan przyzna, że nazwijmy to –
incydent, sprzed czterech lat nie poprawia sposobu w jaki Polacy postrzegają
instytucję wyborów, jak również poddają
w wątpliwość system, który nazywamy demokracją.
- To prawda pani redaktor. Poza strategią
wdrożenia nowego programu, trzeba było także zadbać o dobry, nazwijmy to, PR w
mediach. Jednym z warunków, aby to osiągnąć, było uderzenie się w pierś i
przyznanie do błędu. Nie będę ukrywał, że zarówno ja, choć nie pełniłem wówczas
roli Szefa Krajowego Biura Wyborczego oraz moi znakomici koledzy i koleżanki,
nie jesteśmy zadowoleni z tego, co miało miejsce cztery lata temu. Nie
wszystkie decyzje były dobre, stąd też nauczka dla nas, żeby następnym razem
wszystko zorganizować perfekcyjnie. Aby to osiągnąć, podjęliśmy ku temu
niezbędne kroki.
- Jakie to kroki? – prezenterka nie
spuszczała z gościa oczu i co chwila potakiwała głową, podczas gdy Wiśniewski udzielał
odpowiedzi na jej pytania.
- Po pierwsze: przetarg był ogłoszony
na rok przed wyborami. Chcieliśmy uniknąć sytuacji, w której program będzie
tworzony na przysłowiowym kolanie. Zależy nam na tym, aby był on pozbawiony
wszelkich błędów. To wymaga czasu gdyż, oprócz procesu tworzenia należy
uwzględnić także fazę testów. Po drugie: tak jak do tej pory cena grała dużą, o
ile nie główną rolę w wyborze firmy, która miałaby zająć się tworzeniem takiego
oprogramowania, tak teraz chcemy postawić na doświadczone konsorcjum. Zdajemy
sobie oczywiście sprawę, że nie będzie to tanie, ale jak mówiłem, zależy nam na
profesjonalnym wykonaniu.
- Jakie firmy zatem były brane pod
uwagę?
- Przede wszystkim takie, które na
co dzień pracują z dużą ilością danych oraz mają dobrze rozwiniętą branże IT.
Najpewniejszymi były przedsiębiorstwa zajmujące się dostarczaniem swoim
klientom oprogramowania statystycznego, ale nie tylko.
- Jak rozumiem, w cenę wchodzi nie
tylko stworzenie takiego oprogramowania,
ale dostarczenie urządzeń liczących w postaci skanerów, które już teraz używane
są chociażby na niektórych uczelniach?
- Dokładnie!
- Ale czy taki sprzęt, nie był
używany przy poprzednich wyborach? - Kobieta sprawiała wrażenie niewzruszonej,
jakby wszelkie emocje zakopała gdzieś w najgłębszych zakamarkach swojego
umysłu.
- Oczywiście, proszę jednak pamiętać,
że jest to sprzęt wiekowy, w którym łatwiej o awarie, a tego chcemy uniknąć. W
końcu przyszedł czas, że trzeba sięgnąć głębiej do kieszeni i zmodernizować
nasz system liczenia głosów.
- Oczywiście ma pan na myśli
kieszeń obywatela.
- To są koszty niezbędne, związane
z prawidłowym funkcjonowaniem demokracji pani redaktor – ostatnie dwa słowa
Wiśniewski wypowiedział z większym naciskiem niż powinien. Uznał, że ostatnie
zdanie dziennikarki było niepotrzebne i sentencjonalne – wiem, że obywatele źle
reagują, gdy są podejmowane kolejne wydatki na administracje. Niestety pewne przedsięwzięcia
prędzej czy później trzeba podjąć. Przedmioty się zużywają i trzeba je
wymieniać. Nie jestem zwolennikiem rozbuchanych wydatków, ale czasem są one
nieuniknione.
- Skoro ma to pomóc w zapobieżeniu
powtórzenia błędów z przeszłości, to myślę, że Polacy zrozumieją konieczność
tych wydatków. Jeżeli mogę spytać, to czy został już wyłoniony zwycięzca
przetargu?
- Jak najbardziej – twarz
Wiśniewskiego, do tej pory nie zdradzająca specjalnych emocji, nagle
wypogodziła się. Sztuczny uśmiech został zastąpiony prawdziwym, szczerym – z
radością pragnę ogłosić, że wczoraj zapadła decyzja dotycząca przetargu.
Wygrała firma znana w środowisku biznesowym, która spełniła nasze wymagania co
do profilu. Jest nią konsorcjum „Statistic Soft Corporation”.
- Rzeczywiście znana marka, już
wcześniej była przez wielu dziennikarzy uznawana za faworyta tego wyścigu. Co
ciekawe ta firma, podobnie jak poprzednia, również pochodzi z Łodzi. Nie boi
się pan, że miasto to po raz drugi może okazać się pechowe dla wyborów?
- Tak, to prawda – Wiśniewski
przybrał teraz zamyślony wyraz twarzy. Był gotowy na ten mały prztyczek ze
strony mediów – Jednak nie jestem przesądny i nie wierzę w fatum, a w to że
ludzie z „SSC” sprostają temu wyzwaniu. Mają niezbędne ku temu doświadczenie,
wiedzę oraz zaplecze techniczne, aby ten cel osiągnąć.
- My również mamy taką nadzieję i
życzymy powodzenia łódzkiej firmie w realizacji postawionych przed nią zadań.
Ostatnie pytanie. Czy tajemnicą jest kwota wynagrodzenia dla firmy?
Wiśniewski na chwilę zdjął okulary
i potarł miejsce na grzbiecie nosa, w które zaczęły upijać go noski okularów.
Po chwili założył je z powrotem.
- Oczywiście zdają sobie państwo
sprawę z tego, że wdrożenie nowego systemu wraz z kupnem niezbędnego sprzętu,
wiąże się ze sporymi wydatkami. Jeśli system się sprawdzi, będzie on
wykorzystany także przy najbliższych wyborach parlamentarnych oraz
prezydenckich.
- Rozumiem, zgodzi się pan jednak,
że zarówno my jak i telewidzowie chcielibyśmy poznać szczegóły tej transakcji –
Chmielewska nie dawała za wygraną. Nie trzeba wielkiego doświadczenie, aby
wiedzieć, że każdy kto operuje pieniędzmi, jak ognia unika dyskusji publicznej
na temat wydatków. Nie zamierzała jednak odpuścić. Wiedziała, że ma przewagę, i
albo uzyska interesującą ją odpowiedź albo zadręczy swojego gościa niewygodnymi
pytaniami, co na pewno dodało by pikanterii temu wywiadowi. To z kolei na pewno
spodobałoby się jej przełożonemu.
Wiśniewski westchnął cicho, co nie
uszło uwadze kamer i mikrofonów.
- Program oraz oprzyrządowanie, jak
i dwuletnie usługi serwisowe to wydatek około miliona i siedmiuset tysięcy
złotych – czuł, że gdy wypowiadał tą kwotę, uszło z niego całe ciśnienie.
Chmielewska nie dała po
sobie poznać, choć wysokość kwoty mocno ją zaskoczyła, ale jak sama szybko
stwierdziła, tym lepiej dla niej i dla telewizji. W tym momencie dostała sygnał
od koordynatora, że ma kończyć, gdyż za chwilę będzie poruszany kolejny temat.
Prezenterka odwróciła się prosto do kamery i wypowiedziała kwestie kończącą.
- Jak widać Państwowa Komisja
Wyborcza mocno wzięła sobie do serca niefortunną wpadkę sprzed czterech lat.
Jej członkowie nie szczędzą środków, aby zbliżające się wybory samorządowe
przebiegły prawidłowo i żeby podobny incydent nie miał więcej miejsca. Czy ta
inwestycja będzie trafna i spełni oczekiwania obywateli? Przekonamy się za
niecały rok podczas wyborów. Moim gościem był Szef Krajowego Biura Wyborczego,
Damian Wiśniewski – tutaj zwróciła się w kierunku mężczyzny - dziękuję panu
bardzo za wizytę w studio.
- Ja również dziękuję i dobranoc
państwu.
- Jest to wieczorne wydarzenie
wiadomości, a już za chwilę…
*
Wiśniewski
z każdym krokiem, gdy opuszczał budynek stacji, stawał się coraz lżejszy. Choć
nie miał za bardzo powodu, to jednak obawiał się, że kwota jest faktycznie zbyt
wysoka. Z drugiej jednak strony, nigdy do tej pory nie przeprowadzano
modernizacji całego systemu wyborczego i to na taką skalę. Mężczyzna zatrzymał
się na chwilę i zdjął okulary. Dobył z kieszeni marynarki chusteczkę, którą
przetarł szkła, po czym wsunął okulary z powrotem na nos, a chustkę wyrzucił do
śmieci.
- Czym tu się w sumie przejmować? Pewne
wydatki są nieuniknione – rzekł sam do siebie i ruszył na najbliższy postój
taksówek.
DWA MIESIĄCE PÓŹNIEJ
Marcin
Świebodziński powoli zbliżał się swoim Audi do osiedla, na którym mieszkał. Cyfrowy
zegar widniejący na desce rozdzielczej samochodu wskazywał, że dochodziła
godzina dziesiąta wieczór. Listopadowe wieczory są już bardzo chłodne, toteż
mężczyzna zmuszony był przesiąść się ze swojego ulubionego środka transportu
jakim jest rower, właśnie do czterokołowca.
Mężczyzna czuł na sobie
trudy dzisiejszego dnia, jednak wiedział, że czeka go jeszcze sporo pracy.
Brama wjazdowa, jak zwykle była otwarta i wjazd na teren blokował tylko
automatyczny szlaban, do którego każdy z mieszkańców osiedla miał pilota.
Mężczyzna nacisnął odpowiedni przycisk i po chwili jego auto pojechało dalej.
Kątem oka dostrzegł, że portiera nie ma w jego budce. Pewnie jest właśnie na obchodzie
- pomyślał Świebodziński. Lubił tego człowieka. Często gdy wracał z zakupów z
pobliskiego marketu, zatrzymywał się na dłuższy czas, aby porozmawiać z
portierem o polityce, piłce nożnej czy też kobietach. Waldemar Wolski, bo tak
nazywał się portier, był już w tym wieku, że na wszystkie z tych trzech tematów
mógł tylko i wyłącznie ponarzekać, choć kochał swoją żonę i często jej to
okazywał, gdy ta przynosiła mu jedzenie, do jego budki.
Świebodziński
podjechał pod swój blok i zaparkował samochód na swoim miejscu. Miał jeszcze
dzisiaj sporo do zrobienia, toteż chciał jak najszybciej znaleźć się w domu. Mężczyzna
wysiadł z pojazdu i miał właśnie zamykać drzwi, gdy nagle usłyszał za sobą
obcy, zachrypnięty głos.
- Kierowniku, można na chwilkę?
Marcin
odwrócił się niepewnie i zdumiony ujrzał, że w jego kierunku zbliża się
nieznajoma postać. W pierwszej chwili nie dowierzał temu co widzi, ale w końcu
zmiarkował, że ma do czynienia z bezdomnym, co było dość niespotykane, gdyż ci
trzymali się raczej z daleka od osiedli zamkniętych. Nawet jak któryś próbował
wejść, zaraz ochrona go przepędzała.
- Kierowniku, ja tylko na chwilkę –
powtórzył i podszedł bliżej. Wysoki, ubrany był w gruby zniszczony płaszcz. Głowa
jego skryta była pod kapturem, natomiast sama twarz chowała się za bujną,
niechlujną brodą. Jego chód był niepewny. Lekko chwiał się to w jedną to drugą
stronę, widocznie zaprawiony tanią przepalanką na kolejną zimną noc.
Świebodziński odruchowo cofnął się
od obcego.
- O co chodzi? Jeśli o pieniądze,
to nie mam Zawsze używam karty – głos mu lekko zadrżał.
Bezdomny nic nie odparł, tylko dał
jeszcze jeden krok na przód.
- Ale ja nie będę oszukiwał,
osiemdziesiąt groszy do browara mi brakuje, daj szefie.
- Nie mam już ci mówiłem.
- A jak znajdę?
- Odejdź! Bo wezwę ochronę! –
Świebodziński czuł, że nogi mu miękną. Taki obrót sprawy niemiło go zaskoczył.
Nigdy do tej pory nie spotkał tak nachalnego bezdomnego. Zazwyczaj wystarczyło
zwykłe nie mam daj mi spokój i
delikwent odchodził, co najwyżej pomrukując złowróżbnie. Ten jednak bynajmniej
nie planował poprzestać na słowach.
- Głuchy jesteś?!
Świebodziński dał jeszcze krok do tyłu i w tym
momencie nieznajomy doskoczył do niego. W blasku latarni mignęło ostrze noża,
nim jednak Marcin zdążył zareagować, zimna stal wbiła się w jego ciało, przebijając
czarny, gruby płaszcz. Ostrze utkwiło tuż pod splotem słonecznym, po czym
szybko opuściło ciało, by zagłębić się w nim znowu. Nastąpiło jeszcze kilka
pchnięć, aż w końcu bezwładne ciało powoli osunęło się na zimny asfalt, do
którego przytuliła się jeszcze ciepła twarz. Szkarłatna stróżka krwi zaczęła
tworzyć kałużę wokół ciała, która stopniowo się powiększała. Martwe oczy
mężczyzny wpatrzone były w to miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał
napastnik, a teraz nie było nikogo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz