środa, 17 lipca 2019

ROZDZIAŁ III

- Zdajesz sobie sprawę Mazur, że to trochę za mało, żeby wyciągać jakiekolwiek wnioski?
Komendant odłożył raport, który zdał mu jego podwładny. Zbigniew siedział po drugiej stronie biurka popijając napój energetyczny.
- Wiem, trwa dopiero drugi, a właściwie trzeci dzień śledztwa, jeżeli noc zabójstwa liczyć jako pierwszy. Szewczyk ma dziś pogadać z tą kobietą na temat jej rozmowy kochankiem i ogólnie spytała gdzie pracuje.
- Gazety już huczą! – mężczyzna wskazał nerwowo plik gazet, który leżał na jego biurku - Swoją drogą, jeśli twoja teoria by się sprawdziła, to byłby jeden z najgłupszych zabójców z jakim miałem do czynienia w karierze. Udawać bezdomnego, żeby porozmawiać przez komórkę.
Mężczyzna na samą myśl zaczął chichotać, jednak szybko spoważniał.
- Trzeba poczekać na to, co psycholog ma do powiedzenia i później ewentualnie można wezwać tego całego Roberta na przesłuchanie.
Komendant odchylił się mocno na fotelu, aż zaskrzypiało oparcie mebla i przeciągnął się, wyciągając ręce do góry.
- Dobrze by było szybko rozwiązać tą sprawę, póki temat jest jeszcze świeży. Dobra prasa by nam się przydała.
Obaj mężczyźni siedzieli przez krótki czas w ciszy. Mazur wpatrywał się tylko w niewidzialny punkt, który znajdował się za plecami komendanta. W myślach analizował zebrany materiał.
- A zmieniając nieco temat. Jak przebiega wasza współpraca z Dorotą Szewczyk?
Mazur zamrugał szybko oczami, skierował wzrok na przełożonego i wzruszył ramionami. Był chyba jedyną mężczyzną, który traktował panią psycholog z taką obojętnością i zarazem jedyną postacią w całej łódzkiej komendzie, która potrafiła szczerze wyprowadzić ją z równowagi, pomimo iż nigdy nie było to jego zamysłem.
- Normalnie, a czemu pan pyta? – upił kolejny łyk z puszki.
- Znam wasz wzajemny stosunek do siebie. Mazur, bądźmy szczerzy, nie jesteś łatwym człowiekiem w obyciu, a nie chciałbym, żeby twój charakter przeszkodził w rozwiązaniu tej sprawy.
- Szefie – Mazur odstawił puszkę i spojrzał poważnie na przełożonego – ciągle tylko słyszę, jaki to jestem trudny, a nikt nie pomyślał, że może to inni po prostu przeszkadzają mi w pracy? Naprawdę, mam dość momentami słuchania tych docinek o „Magiku”. Nie chodzi o to, że mnie to rusza, bo ludzie, którzy posługują się takimi inwektywami, są zbyt marnymi jednostkami, żeby mnie obrazić, ale mnie to męczy. Tak samo jak męczy mnie ciągłe wiercenie u sąsiada albo ludzka głupota w komunikacji miejskiej.
- Mazur – komendant westchnął ciężko – zrozum, to są tylko żarty. Chłopie masz ponad trzydzieści lat, a gadasz jak mój syn, który właśnie skończył gimnazjum. Nie możesz wyluzować? Gdzie twoje poczucie humoru? Dystans do siebie?
- Mam wysublimowane poczucie humoru, a takie prostackie przywary mnie nużą. Jak ktoś jest idiotą, to może mu się to podoba, kto ich w ogóle przyjmuje, gdyby o mnie chodziło…
- Dość! Człowieku co ty wygadujesz?! Nie możesz tego po prostu zignorować? Wiesz jak ciężko było ostatnio z twoim awansem, właśnie przez takie zachowanie? Cholera jasna, ty naprawdę gadasz czasem jak potłuczony! Bawisz się w nadczłowieka i naprawdę nie wiem, czy ty tylko żartujesz i odzywa się tutaj to twoje specyficzne poczucie humoru, czy ty naprawdę tak uważasz.
- Muszę odpowiadać?
- Nie ważne. To wszystko na dziś.
Komendant przybrał minę człowieka zrezygnowanego. Szczerze nie miał już ochoty ma dalszą dyskusję z Mazurem, która jego zdaniem i tak nic nie zmieni. Już dawno doszedł do wniosku, że Zbyszek jest jaki jest i wszelkie próby zmienienia go, spełzną na niczym. Z drugiej strony był jednym z najlepszych śledczych, jacy w ciągu ostatnich trzech dekad pracowali w wydziale zabójstw. Przemawiały za nim wyniki i z tego też powodu, pomimo cechy mizantropa, którą Mazur niewątpliwie posiadał, komendant trzymał go u siebie.


*

            Gdy Zbyszek opuszczał komisariat, dochodziła godzina czwarta po południu. Wiejący na ulicy wiatr, uderzył go w twarz zimnym powietrzem. Nieprzespana noc powoli dawała o sobie znać, toteż zrezygnował z powrotu do domu na piechotę i udał się w kierunku ulicy Kościuszki, skąd tramwajem pojechał w kierunku Dąbrowy. Miał w plecaku jeszcze dwie puszki Red Bulla, którymi mógł się pokrzepić, jednak stwierdził, że da już dziś wątrobie odpocząć. Wiadomo od dawna, że tego typu napoje nie są zbyt zdrowym dodatkiem do diety, a poza tym kofeina w nich zawarta, przestała na niego działać. Mazur jednak lubił ich smak i tylko dlatego je kupował.
Przez całą drogę do domu odtwarzał w pamięci wideo z nagrania, które oglądał minionej nocy. Na myśl o tym, że wszyscy, łącznie z nim, przeoczyli moment z komórką, roześmiał się na tyle głośno, że stojąca obok starsza kobieta, popatrzyła na niego z dezaprobatą.
Po niespełna pół godzinie był już u siebie. Zdjąwszy buty oraz kurtkę, udał się do swojego pokoju, którego głównym elementem umeblowania był kredens po brzegi wypchany książkami oraz regał, którego półki także uginały się pod ciężarem zadrukowanych i oprawionych kartek papieru. Znajomi Mazura, gdy tylko wpadali do niego z wizytą, mówili żartobliwie, że pewnego dnia jego meble przebiją się przez podłogę i wylądują u sąsiada niżej.
Po tym jak rzucony plecak znalazł w kącie, mężczyzna usadowił się na kanapie. Wziął do ręki książkę, którą zaczął czytać ostatniego wieczoru. „Trzech panów w łódce nie licząc psa” autorstwa Jerome K. Jerome już od pierwszych stron bardzo przypadła mu do gustu swoim humorem, toteż nie był zadowolony gdy po niecałej godzinie, zadzwonił jego telefon. Przeklinając porządek całego świata, podniósł się z łóżka i wziął telefon do ręki. Na wyświetlaczu widniało nazwisko Szewczyk.
- Słucham cię.
- Właśnie wyszłam od Małgorzaty Świebodzińskiej.
Przez telefon słychać było, że kobieta ma przyspieszony i lekko urywany oddech. Łatwo można było wyciągnąć wnioski, że kobieta szła szybkim krokiem podczas rozmowy.
- No spoko, jak przebiegła rozmowa?
- Dalej roztrzęsiona. Teraz dopiero, tak naprawdę dociera do niej, co się stało. Nie chciałam jej za bardzo naciskać, bo w jej stanie może to prowadzić do zamknięcia się w sobie. Udało mi się jednak ustalić, że tego wieczora, gdy Marcin Świebodziński został zabity, ona na krótko przed tym pokłóciła się z Robertem. Chciała zakończyć ten romans. Robert ją przekonywał o swojej miłości i że chce z nią być, jednak ona była kategoryczna w swoim postanowieniu. Fakt że zaraz po tej kłótni, dowiedziała się o śmierci męża, sprawił że czuje się winna. Z tego powodu nie ciągnęłam dalej tematu, ale pomyślałam, że chcesz wiedzieć.
- Rozumiem. W porządku, dziękuję. Mamy zatem motyw.
- Co teraz zamierzasz?
- Możliwe, że przesłucham jej kochanka. Nawet na pewno.
- W porządku. Kończę już i lecę na autobus. Przyznam szczerze, że wykończyła mnie ta rozmowa.
- Domyślam się. Dobra leć, bo zadyszki zaraz dostaniesz.
- Taa… do zobaczenia.
Mazur odłożył telefon na biurko i znów położył się na kanapie. Nie wrócił jednak do lektury, tylko wbił wzrok w sufit. Układał w całość hipotetyczny przebieg wydarzeń.

1)      ROBERT JEST ZAKOCHANY W ŻONIE OFIARY.

2) KOBIETA KOŃCZY ROMANS. ON JEST WŚCIEKŁY.

3)   WŚCIEKŁOŚĆ PRZERADZA SIĘ W NIENAWIŚĆ. NIENAWIŚĆ TAK SILNĄ, ŻE POSTANAWIA ZABIĆ.

4)   GDY EMOCJE BIORĄ CAŁKOWICIE GÓRĘ NA ZDROWYM ROZSĄDKIEM, UDAJE SIĘ NA OSIEDLE OFIARY.

5)   TAM CZEKA, AŻ DOZORCA UDA SIĘ NA OBCHÓD.

6)   W MIĘDZYCZASIE DZWONI DO UKOCHANEJ KOBIETY I PROSI, ABY PRZEMYŚLAŁA ICH RPZYSZŁOŚĆ. ONA ODMAWIA, A ON WPADA W SZAŁ. JEST ZDECYDOWANY USUNĄĆ JEDYNĄ OSOBĘ, KTÓRA STOI NA DRODZE DO JEGO SZCZĘŚCIA.

7)   WCHODZI NA TEREN OSIEDLA I CZEKA.

8)   GDY TYLKO DOSTRZEGA OFIARĘ, PODCHODZI I ZABIJA.

Ciąg zdarzeń wydawał mu się jak najbardziej poprawny, jednak było coś, co nie dawało mu spokoju. Często tak się działo, że gdy coś wydawało się zbyt proste, musiało mieć jakiś haczyk. Niejeden raz zarzucano mu, że szuka skomplikowanych teorii tam, gdzie ich nie ma. Nie może przyjąć do wiadomości, że nie wszystkie sprawy muszą być skomplikowane. Dlatego też nie wiedział czy ten niepokój wywołany jest faktycznie czymś, co przeoczył, czy może oczekiwał od tej sprawy czegoś więcej.

*
           
Ze snu wyrwał go dzwonek w telefonie. Górskie szczyty oraz bezkres dolin u ich podnóża zamienił się w niewielki pokój, do którego przez odsłonięte okno docierało światło ulicznych latarni. Pół przytomny zerwał się z łóżka i dobył telefonu. Numer, który pojawił się na wyświetlaczu nie był mu znany, mimo to wbrew swoim zwyczajom odebrał.
- Mazur, słucham?
- Przepraszam… - w słuchawce zabrzmiał kobiecy głos – przepraszam, mam nadzieję, że nie obudziłam.
Dopiero po chwili Zbyszek rozpoznał ów głos, który należał do Małgorzaty Świebodzińskiej. Mężczyzna odsunął na chwilę telefon od ucha i spojrzał na widniejący na ekranie zegar. Dochodziła godzina jedenasta wieczór.
- Dzwonię, bo…  – kontynuowała, jej głos wydawał się załamywać - prosił pan, żebym się odezwała, gdyby coś sobie przypomniała.
- Tak, pamiętam – policjant starał się mówić łagodnym tonem, choć ciągle był mocno rozespany – czy coś się stało? Była u pani dzisiaj pani Dorota i…
- Tak wiem, ale… sama nie wiem czemu, wolałam skontaktować się z panem – kobieta wzięła głęboki oddech, chciała coś powiedzieć, gdy Mazur jej przerwał.
- Proszę się uspokoić, jeżeli pani chce możemy się jutro spotkać.
- Nie, proszę przyjechać dziś, teraz. Boże… sama już nie wiem, boję się, że to może być ważne. Nie chce by coś umknęło policji – kobieta zaczęła płakać – Boże! Już tyle namieszałam! Jeśli choć trochę mogę pomóc. Błagam niech pan przyjedzie.
- Dobrze, rozumiem. Proszę mi dać pół godziny i będę u pani. Gdyby coś się w tym czasie działo, proszę również dzwonić.
- Dziękuję…
Rozłączył się i zapalił światło, które natychmiast poraziło jego przyzwyczajone do ciemności oczy, swoim żółtym blaskiem. Potykając się o hantle, dopadł do plecaka, z którego wydobył puszkę energetyka i którą opróżnił jednym haustem. Szybko nałożył na siebie kurtkę oraz buty i wybiegł z mieszkania. Resztki snu, które zalegały jeszcze w jego umyśle, zostały wywiane przez lodowate powietrze. Mieszanina kofeiny przyjętej w tak krótki czasie oraz ciekawość tego co kobieta ma do powiedzenia była tak silna, że przez całą drogę miał wrażenie jakby serce chciało mu wyskoczyć przez gardło i pobiec gdzieś swoją drogą.
            Na miejscu był po niespełna dwudziestu minutach. Gdy tylko kobieta otworzyła mu drzwi, zamarł. W pierwszej chwili myślał, że pomylił mieszkania. Osoba, która przed nim stała była cieniem samej siebie z poprzedniego dnia. Sińce pod przekrwionymi oczami, wychudzone policzki, włosy w totalnym nieładzie. Dodatkowo ubrana była w niebieski, wyświechtany sweter, na którym malowały się brązowe plamy po kawie. Zastanawiał się czy na Szewczyk wywarła również takie wrażenie.
            Była w tak słabym stanie zarówno fizycznym, jak i psychicznym, że zdawała się nie dostrzegać zdumienia, malującego się w jego oczach. Odsunęła się na bok i Mazur wszedł do mieszkania. Zaraz po tym kobieta udała się do salonu, a policjant za nią nie zdejmując butów i kurtki.
- Chciała pani ze mną porozmawiać? – spytał łagodnie, gdy tylko Świebodzińska usiadła na fotelu z podkulonymi nogami.
- Tak…
- Słucham, zatem – Zbyszek usiadł na kanapie, która stała pod ścianą w taki sposób, że mężczyzna stąd widok na nią jak i na całe mieszkanie.
- Nie wiem czy to ważne… nie wiem od czego zacząć.
- Wszystko może mieć znaczenie.
- Tak, wiem – kobieta siedziała na fotelu wpatrzona w okno na wprost niej. Rękoma objęła kolana. W tym momencie przywodziła Mazurowi na myśl małą dziewczynkę, która zrobiła coś bardzo złego i mając tego świadomość, czeka aż mama ją skrzyczy.
- Tego wieczoru – zaczęła niepewnie – gdy Marcin, mój mąż, wracał z pracy, rozmawiałam z Robertem. To znaczy od do mnie zadzwonił.
- Chciał porozmawiać o was?
- Tak – kobieta przełknęła głośno ślinę – trzy tygodnie temu zerwałam z nim. Powiedziałam, że to koniec, że tak nie można, że kocham męża.
- Nie przyjął tego najlepiej?
- Nie. Był zrozpaczony i zły. Pokłóciliśmy się wtedy. Pierwszy raz podczas naszego…
- Rozumiem – przerwał jej nagle, widząc, że kobiecie z trudem to przychodzi – czy od tamtego czasu kontaktowaliście się ze sobą?
- Wydzwaniał ciągle o różnych porach, głównie wieczorami. Gdy Marcin był wtedy w domu, po prostu wyłączałam telefon. Ostatnimi czasy, często jednak zostawał po godzinach w pracy. Jego firma, w której jest głównym księgowym, wygrała przetarg na program do liczenia głosów. Mają dużo pracy. Musiałam mieć telefon włączony, bo decyzja o tym, że musi zostać w biurze zapadała z godziny na godzinę, o czym mnie natychmiast informował. Normalnie bym go wyłączyła w diabły.
W tej chwili Mazur jakby się ożywił. Nagły impuls, który przemknął przez jego głowę, zmusił szare komórki do wysiłku i sprawił, że coś zaskoczyło w mechanizmie.
- Mówi pani, że jej mąż zostawał ostatnimi czasy po godzinach.
- Tak – kobieta popatrzyła pytająco na Mazura.
- Jak rozumiem, nie były to stałe nadgodziny, a pan Marcin informował o nich na bieżąco?
- Tak, zgadza się. Gdy wiedział, że zostanie dłużej, informował mnie, żebym nie czekała z obiadem. Czy coś się stało?
- Jeszcze chwileczkę, tylko parę pytań, jeśli pani pozwoli.
Kobieta niepewnie kiwnęła głową. Jej oczy rozszerzyły się z ciekawości. Nie sądziła, że taki drobny fakt, jak nadgodziny jej męża najbardziej zainteresują policjanta.
- Czy te nadgodziny były regularne?
- Nie. Były dni, że wracał normalnie, a też były takie, że siedział dwie, trzy godziny, a nawet dłużej.
- Informował panią na bieżąco?
- Tak. Dzwonił wtedy do mnie i mówił.
- Proszę teraz się skupić, to bardzo ważne – Mazur pochylił się do przodu, opierając łokcie na kolanach – czy wspominała pani komukolwiek o tym, że mąż wraca późno?
- Nie.
- Jest pani absolutnie pewna?
- Tak. Proszę mi powiedzieć? Czy coś pan odkrył? – W jednej chwili, jak za wciśnięciem przycisku, kobieta ożywiła się. Tak jak do tej pory siedziała skulna w fotelu ograniczając ruchy do minimum, tak teraz wierciła się na nim, jakby siedzenie ją paliło.
- Proszę się uspokoić, na tym etapie nie chcę wysuwać żadnych wniosków. Powtórzę pytanie. Czy jest pani absolutnie pewna, że nigdy nie wspominała pani nikomu, że mąż danego dnia wróci później? Nawet Robertowi.
Kobieta zacisnęła drobne dłonie na oparciu fotela, wbijając paznokcie w skórzany materiał. Długą chwilę się nie odzywała.
- Pani Małgorzato, proszę…
- Nikomu – odpowiedziała w końcu – jestem pewna. Przysięgam, że nikomu. Z Robertem rozmawiałam tylko raz. Tamtego nieszczęsnego wieczoru. Tuż przed przyjazdem Marcina. Po co ja wtedy odebrałam?! Mój mąż umierał, a ja…
Schowała twarz w dłonie i zaczęła płakać. Po mieszkaniu rozszedł się odgłos jej szlochania. Mazur nie bardzo wiedział, jak jej pomóc. Podszedł do kobiety i przyklęknął obok fotela, na którym siedziała. Chwycił delikatnie jej dłoń i gdy tylko skierowała wzrok w jego stronę ich oczy się spotkały.
- Proszę mnie teraz posłuchać bardzo uważnie. Bardzo, ale to bardzo mi pani pomogła. Każda wskazówka, nawet najbardziej błaha może się okazać kluczowa dla śledztwa.
Kobieta zaczęła się powoli uspokajać. Jego miękki głos działał na nią uspokajająco.
- Nie jestem sędzią i nie mam prawa pani oceniać. Proszę jednak mi wierzyć, że nie ma pani podstaw do tego, aby się obwiniać. Tego haniebnego czynu dokonał człowiek pozbawiony skrupułów i zrobimy wszystko co w naszej mocy, żeby odpowiedział za swoje czyny.
Przez dłuższą chwilę siedzieli w tej pozycji. Kobieta powoli się uspokajała i gdy tylko Mazur stwierdził, że całe napięcie z niej uszło, wrócił na swoje miejsce.
- Czy da pani radę kontynuować?
- Tak – odpowiedziała cicho, ale z jej głosu płynęło zdecydowanie.
- Proszę mi powiedzieć, czy ktoś, poza panią, mógł wiedzieć o tym, że mąż zostaję na nadgodzinach?
- Proszę mi się dać zastanowić.
- Nie spieszy nam się, proszę przemyśleć to na spokojnie.
- Jeśli się nie mylę, to tylko jego szef. Ewentualnie ktoś z jego działu. Wątpię, aby poza mną informował kogoś jeszcze.
- Znam pani jego szefa?
- Raz czy dwa spotkaliśmy go na pikniku organizowanym przez firmę Marcina. Wydawał się sympatycznym człowiekiem, ale też charyzmatycznym. Widać było, że pracownicy czują przed nim respekt.
- Jak on się nazywa?
- Tomasz… Gawron, chyba tak.
Mazur stwierdził, że na dziś wystarczy. Dowiedział się sporo nowych rzeczy o ofierze, toteż dalszy przebieg rozmowy dotyczył tematów, które niebyły związane ze sprawą.
Gdy policjant opuścił mieszkanie kobiety, dochodziła pierwsza. W drodze do domu, analizował zebrany materiał. Wiedział już, że to niepokojące uczucie, że coś przeoczył, a które towarzyszyło mu dzisiejszego popołudnia, nie było bezpodstawne. Postanowił skonsultować się z tej sprawie z kimś…z kimkolwiek. Potrzebował rozmówcy na tyle inteligentnego, który będzie umiał znaleźć ewentualną lukę w jego rozumowaniu, kogoś kto dwa razy się zastanowi nim udzieli odpowiedzi na postawione pytanie. Nim dotarł do swojego mieszkania, zdecydował, że z samego rana skontaktuje się z Dorotą Szewczyk.

czwartek, 4 lipca 2019

ROZDZIAŁ II


„Zabójstwo na jednym z łódzkich osiedli. Ofiarą jest czterdziestoletni mężczyzna, księgowy jednej z firm informatycznych. Zabójstwo zostało dokonane wczorajszego dnia na strzeżonym Osiedlu Majowym. Policja podejrzewa, że morderstwo miało charakter rabunkowy. Czy nawet wysokie ogrodzenia okalające bloki mieszkalne oraz strażnicy przy bramach, nie są wstanie dać poczucia bezpieczeństwa? Więcej na ten temat na stronie 4.”

„Do makabrycznego wydarzenia doszło 14 listopada. Mężczyzna w średnim wieku został pchnięty nożem tuż pod swoim blokiem. Na uwagę zasługuje fakt, że miało to miejsce na osiedlu strzeżonym. Policja wciąż bada sprawę, jednak wszystko wskazuje na to, ze motywem przewodnim był rabunek.”

„Nikt już nie może czuć się bezpiecznym. Na ogrodzonych wysokim płotem, ze strażnikami, z zamykanymi bramami, monitoringiem, mieszkańców Osiedla Majowego padł blady strach. 14 listopada ktoś dopuścił się bestialskiego morderstwa w – zdawałoby się – bezpiecznym miejscu, za jakie do tej pory uchodziło wspomniane osiedle. Więcej na stronie 2.”

*

Następnego dnia Mazur udał się do żony ofiary w towarzystwie Doroty Szewczyk. Komendant uznał, że obecność pani psycholog może znacznie złagodzić żonie ofiary zderzenie z brutalną rzeczywistością jaką był funkcjonariusz CBŚ. „Chodząca logika”, bo tak też nazywano starszego sierżanta, nie zdawał sobie sprawy lub ignorował uczucia innych osób, przez co podczas przesłuchań wydawał się oschły i pozbawiony empatii.
Pokonywali kolejne odcinki ulicy Przybyszewskiego od strony centrum, co przy panujących korkach ulicznych nie było rzeczą łatwo, zbliżając się powoli do skrzyżowania z ulicą Śmigłego-Rydza. Pogoda, ani trochę nie poprawiła się od czasu minionej nocy. Na dodatek zaczął padać deszcz, potęgujący tylko ogólną szarzyznę, która ogarniała tego dnia miasto.
- Jest w szoku - kobieta przekręciła się lekko na fotelu w stronę bocznej szyby. Jej ciemno-rude włosy związane w kitę opadły na prawy bark. Zielone oczy kobiety wpatrywały się w nieistniejący punkt obok auta, który razem z nimi przemierzał drogę do domu ofiary.
- Domyślam się.
- Poważnie mówię. Staraj się być delikatny.
- Powiedz lepiej, czy się czegoś dowiedziałaś.
- Mazur! – Szewczyk energicznie odwróciła głowę w kierunku policjanta - przecież ja nie prowadzę śledztwa.
- Wiem, a szkoda. Macie podobno takie dobre podejście do ludzi. Wiecie o ile łatwiej byłoby wam cokolwiek wyciągnąć od takiej osoby?
Kobieta miała już coś odpowiedzieć, gdy nagle mężczyzna skręcił w jedną z bocznych uliczek i po chwili dojechali do osiedlowej bramy. Nie zdążyli się nawet zatrzymać, a szlaban był już podniesiony. Najwidoczniej stróż został poinformowany o przyjeździe policji.
Samochód pokonał kilka zakrętów i po chwili stanął zaparkowany pod blokiem gdzie dokonano zabójstwa. Mazur przyjrzał się uważniej temu miejscu, tym razem w świetle porannego słońca. Bordowa plama, pomimo powoli zmywających ją kropel deszczu aż kłuła w oczy, a policyjne taśmy powiewały lekko na wietrze. Oboje opuścili pojazd i udali się do mieszkania ofiary.

*

Mieszkanie małżeństwa Świebodzińskich składało się z dwóch pokoi oraz łazienki i przedpokoju. Jeden stanowił sypialnię, drugi salon z aneksem kuchennym. Całość, elegancko umeblowana, pozwalała sądzić, że jeszcze do wczoraj mieszkańcom tego przybytku wiodło się bardzo dobrze.
Żona ofiary, atrakcyjna, czterdziestoletnia kobieta o blond włosach i niebieskich oczach, jak się okazało nie była sama. W salonie znajdował się młodszy od niej przynajmniej o dziesięć lat mężczyzna. Wysportowana sylwetka, bujnych ciemne włosach i kontrastujących niebieskich oczach. Dorota i Zbyszek popatrzyli na siebie porozumiewawczo, gdy tylko kobieta przedstawiła Roberta Pakułę, jako przyjaciela.
Mazur podszedł do kobiety i przywitał się z nią uściskiem dłoni. MOCNY UŚCISK PRAWEJ DŁONI, ODCISKI NA PALCACH. Policjant uniósł rękę kobiety i przykrył ją lewą dłonią, siląc się przy tym na współczujący wyraz twarzy.
- Bardzo mi przykro, z powodu tego co się stało.
Kobieta nic nie odparła tylko rozpłakała się, przez co powieki napuchły jej jeszcze bardziej od łez, które dodatkowo zaczerwieniły jej niebieskie oczy. Nieświadomie uniosła lewą rękę i przyłożyła do dłoni policjanta, które splotły się wokół jej palców u prawej dłoni. Mazur czuł delikatną skórę kobiety. LEWA DŁOŃ ZDECYDOWANIE GŁADSZA, BRAK ODCISKÓW. WNIOSEK: PRAWA RĘKĄ CZĘSTO WYKORZYSTYWANA, JEDNAK NIE DO PRACY. ODCISKI CHARAKTERYSTYCZNE DLA GRACZY TENISA.
- Obiecuję, że zrobimy wszystko co w naszej mocy, aby odnaleźć zabójcę.
Po tych słowach mężczyzna cofnął ręce i zwrócił się do Roberta Pakuły.
- Starszy Sierżant Zbigniew Mazur, wydział zabójstw. Pan jak rozumiem, jest przyjacielem? – policjant celowo przeciągnął ostatnią zgłoskę, chcąc sprawdzić reakcję mężczyzny.
- Tak… zgadza się – głos Roberta brzmiał niczym głos wokalisty grupy metalowej Rammstein - niski i gruby. Jak to kiedyś powiedziała Szewczyk - prawdziwie męski głos, którego mogłaby słuchać przez cały czas.
Mężczyźni podali sobie dłonie. SILNY UŚCISK, ZGRUBENIA NA PALCACH, TAKIE SAME JAK U KOBIETY. WNIOSEK: TENISISTA, MOŻE POZNALI SIĘ NA KORCIE.
- Pani Małgorzato – Mazur w końcu przeszedł do sprawy – jeśli to nie problem, chciałbym abyśmy porozmawiali na osobności.
Kobieta zadrżała, a Robert spojrzał podejrzliwie na policjanta. Dorota stała obok i przyglądała się rozwojowi wydarzeń. Znała wnioski do jakich Zbyszek wczoraj doszedł i chciał się nimi podzielić z żoną ofiary. Doskonale wiedziała, że nie ma co liczyć na dyskrecję kobiety i że na pewno podzieli się tym co usłyszała od policji, ze swoim przyjacielem. Chodziło jednak o zbudowanie więzi z policją, a gdy w pomieszczeniu nie ma nikogo innego, jedynym oparciem jest właśnie przesłuchujący policjant. Dorota modliła się w duchu, żeby Mazur tylko nie przesadził i nie naciskał za bardzo kobiety, której stan pani psycholog sklasyfikowała jako mocno niestabilny.
Małgorzata Świebodzińska niechętnie udała się za policjantem do drugiego, mniejszego pokoju, który stanowił sypialnię. Mazur zamknął drzwi, natomiast kobieta usiadła na niepościelonym łóżku. Ręce jej drżały. Gdyby mogła, wylałaby kolejną falę łez, jednak mocno już nadwyrężony organizm najwidoczniej nie nadążał z ich produkcją.
- Pani Małgorzato – zaczął spokojnie policjant – czy mogę liczyć na pani dyskrecję?
Kobieta popatrzyła pytająco na Mazura, który wpatrywał się w nią badawczo. Widząc, że pytanie oczekuję odpowiedzi z jej strony, lekko kiwnęła głową.
- Będę z panią szczery, jednak nalegam, aby to co pani usłyszy, nie opuściło ścian tego pokoju – zrobił krótką pauzę, obserwując jednocześnie reakcję kobiety, która kiwnęła lekko głową - podejrzewamy, że pani mąż nie był przypadkową ofiarą, a było to planowanie działanie.
Oczy kobiety rozszerzyły się. W pierwszej chwili nie była pewna tego co słyszy, dlatego policjant dał jej czas na oswojenie się z tą informacją.
- Niestety, ale wiele na to wskazuje. Dlatego też chciałem porozmawiać z panią na osobności – w tym momencie uszu Mazura doszły przyciszone odgłosy rozmowy. To Dorota postanowiła zająć jakoś nieoczekiwanego gościa. Tym lepiej. Dzięki temu Mazur będzie mógł w spokoju porozmawiać z żoną ofiary, a głos znajomych ludzi zdecydowanie bardziej uspokaja niż cisza zalegająca mieszkanie.
- Chciałem w związku z tym spytać, czy mieli państwo jakichś wrogów? Ktoś był wam nieprzychylny?
Kobieta mniej już drżąc pokręciła głową.
- Jest pani pewna?
Kobieta przytaknęła.
- Żadnych listów, telefonów, mąż nic nie wspominał?
- Nie. W ogóle… - kobieta z trudem łapała oddech – nie rozumiem, jak… ktoś mógł zrobić krzywdę Marcinowi… Boże…był takim dobrym człowiekiem.
Małgorzata schowała twarz w dłoniach, a na jej ciałem wstrząsnął silny dreszcz. Mazur podszedł do kobiety i usiadł obok niej. Przez dłuższą chwilę się nie odzywał, dając jej czas na uspokojenie myśli.
- Przepraszam… ja…
- Nic się nie stało. Muszę niestety zadać te pytania. Chcemy po prostu dopaść tego, który… to zrobił i wszelkie wskazówki mogą być pomocne.
- Rozumiem, ale naprawdę nie wiem, kto mógłby to zrobić. Marcin nie miał wrogów. On nigdy nie był kłótliwy. Czy to w pracy czy w głupim sklepie. Zawsze ugodowy. Czasem się o to sprzeczaliśmy, a właściwie to ja krzyczałam na niego, że jest mało męski, że się nie umie postawić. A on tylko siedział i słuchał. Ani razu nie podniósł głosu, a przecież ja potrzebowałam mężczyzny! Boże! A teraz go nie ma!
Kobiecie znów zaszkliły się oczy. Mazur przez moment zastanawiał się czy odpuścić, jednak jego analityczna natura wymagająca dowodów dla swoich teorii zawsze górowała nad tą empatyczną cząstką, którą jeszcze w sobie miał.
- Dlatego spotykała się pani z Robertem?
Małgorzata popatrzyła na policjanta. Jej wzrok wyrażał mieszaninę strachu i zaskoczenia.
- Gra pani w tenisa. Tam też się poznaliście. Był, jak to pani mówi, męski. Miał to, czego pani szukała.
Mężczyzna wstał i podszedł powoli do okna. Oparł ręce o parapet i wyglądał przez szybę. Jakiż to kontrast panował na zewnątrz. Z okna widać było, wysokie na dwa metry, metalowe ogrodzenie. Po jednej jego stronie stały nowe, malowane na biało bloki. Równo przystrzyżone trawniki, równe chodniki z kostki, pozbawione dziur uliczki ułożone między blokami. Wszystko to stanowiło idealny obraz nowoczesnego osiedla, na którym klasa średnia odgradza się niemal hermetycznie od reszty społeczeństwa. Po drugiej stronie rozciągał się obraz starego PRL-owskiego osiedla. Stare, różnokolorowe bloki, równie stare chodniki z popękanymi płytkami. Ulice połatane niczym pocerowane spodnie. Siła przyzwyczajenia robiła jednak swoje i trzymała Mazura po drugiej stronie. Tej bardziej otwartej, mnie bezpiecznej, bardziej kolorowej. Tam gdzie nie czuł się więźniem, tak jak czułby się tutaj.
- Proszę mnie źle nie zrozumieć – policjant odwrócił się do kobiety po dłuższej chwili – nie oceniam pani i szczerze powiedziawszy, nie interesuje mnie pani postępowanie oraz motywy. Ale ktoś z premedytacją zabił pani męża i wszystko, absolutnie wszystko może mieć znaczenie. Dlatego proszę mi powiedzieć, czy to co powiedziałem jest prawdą?
Zapanowała długa cisza. Kobieta spuściła głowę i wbiła wzrok w podłogę. Ręce oparła na kolanach i nerwowo ściskała pięści.
- To prawda – odpowiedziała i znów schowała twarz w dłonie – Boże! To miało być chwilowe…
- Długo to trwało?
- Pół roku.
- Czy Robert i pani mąż poznali się?
- Nie. Raz tylko Robert widział mojego męża, gdy ten przyjechał po mnie, jak kończyłam trening. Przyrzekam, że chciałam to zakończyć. Miałam się już z nim nigdy nie spotkać. Nawet sprzedałam rakietę do tenisa parę dni temu. Ale… gdy tylko usłyszałam o Marcinie… tak bardzo nie chciałam być sama.
- Rozmawiała pani o tym z Robertem? Mam na myśli rozstanie.
- Powiedziałam, że to nie ma sensu, że nie odejdę od męża. To było wspaniałe pół roku, jednak nie mogłabym. To była przygoda, głupota, której teraz… żałuję…
- Co Robert na to?
- Nic nie powiedział, ale… Boże co ja narobiłam!
- Stało się coś?
- Robert… mam wrażenie, że on się zakochał, że zaangażował się w ten związek bardziej niż ja. Wtedy, gdy mu powiedziałam, wyglądał na przybitego…och!
Przez ciało kobiety przeszedł nieprzyjemny dreszcz.
- Czy wtedy, gdy pani… przyjaciel zobaczył pani męża, powiedział coś? Skomentował?
- Nie, chyba nie… zaraz… dlaczego pan pyta? – kobieta podniosła wzrok na policjanta.
- Zwykła ciekawość.
- Chyba nie podejrzewa pan Roberta!
- Proszę się uspokoić. Nic takiego nie powiedziałem. Taki mam zawód, że muszę zadać jak najwięcej pytań, choćby nieważne jak błahe.
Mazur przeklął się w myślach. Obawiał się, że kobieta opowie Robertowi, o czym tutaj rozmawiali.
- Nie wszystkie pytania mają związek ze sprawą. Niektóre mają na celu rozluźnienie ofiary inne mają na celu całkowitego nakierowanie uwagi pytanego na sprawę. Wypytujemy wówczas o drobne szczegóły. To stymuluje mózg do wysiłku i sprawia, że osoba taka łatwiej przypomina sobie pewne rzeczy, które z początku wydają się jej nieistotne.
Kobieta słuchała z uwagą i jakby się uspokajała. Mazur nieznacznie odetchnął z ulgą, mając nadzieję, że gdy emocje opadły, kobieta wyprze z pamięci ostatnie pytanie. Mimo to dalej był zły na siebie za swą lekkomyślność. Każdy normalny człowiek, słysząc takie pytanie, zareagowałby w ten sposób. Może Dorota miała rację. Miał najlepszy analityczny umysł na wydziale zabójstw, jednak czasami sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie miał pojęcia o naturze ludzkiej, jeśli nie dotyczy to zachowania mordercy lub psychopaty.
- Na dziś wystarczy.
Mazur wyjął z wewnętrznej kieszeni notes oraz długopis i zapisał coś na jednej ze stron, po czym wydarł ją z bloczku i podał kobiecie.
- To jest mój numer. Gdyby sobie pani coś przypomniała, proszę dzwonić lub pisać. Chciałbym także prosić, aby nie podawała pani nikomu tego numeru.
Nacisk na słowo „nikomu” było na tyle mocne, że kobieta od razu zrozumiała, że policjant ma na myśli w szczególności Roberta. Bez słowa skinęła głową i wzięła kartkę od mężczyzny, którą natychmiast schowała do górnej szuflady biurka, które stało w rogu.
- Dobrze, w takim razie może dołączymy do naszych przyjaciół? Chyba, że chciałaby pani o czymś jeszcze porozmawiać.
- Nie – odpowiedziała spokojnie kobieta – dziękuję, ale na dziś chciałabym już mieć spokój.
- Rozumiem.
Oboje opuścili pokój i udali się do salonu, gdzie Dorota i Robert zajęci do tej pory rozmową, na widok wchodzącej dwójki, wstali z kanapy. Młody mężczyzna podszedł do Małgorzaty i czule chwycił jej dłoń.
- Jak się czujesz? – głos jego drżał. On sam sprawiał wrażenie zatroskanego.
- Wszystko dobrze… Po prostu, to dla mnie za dużo.
- Zostawimy państwa teraz samych – Szewczyk poczuła, że to najlepsza pora, aby zakończyć to spotkanie – dziękujemy, że poświęciła nam pani swój czas. To dla nas bardzo ważne. Gdyby potrzebowała pani wsparcia, czy chociaż rozmowy – pani psycholog wyjęła z kieszeni marynarki wizytówkę i podała ją kobiecie – proszę się ze mną skontaktować.
- Dziękuję.
- Przepraszam – Mazur nagle zwrócił się do Roberta – czy mógłbym na chwilkę skorzystać z pańskiego telefonu?
Cała trójka popatrzyła zdziwiona na policjanta.
- Mazur… - Dorota szturchnęła mężczyznę w bok, ten jednak sprawiał wrażenie, że nie czuł tego.
- Mój przełożony prosił o kontakt, a niestety padła bateria w moim telefonie. To nie zajmie długo.
- Naprawdę musisz teraz? Nie możesz zaczekać aż… - pani psycholog, czuła jak narasta w niej irytacja, jednak nie skończyła swojej reprymendy, gdyż Robert podawał właśnie swój telefon Przemkowi.
- Nic się nie stało pani Doroto, może to być coś pilnego – zwrócił się do kobiety, po czym odwrócił wzrok na policjanta – bardzo proszę.
- Dziękuję bardzo.
Zbyszek wziął telefon i udał się do drugiego pokoju, skąd po chwili dobiegły odgłosy rozmowy.

*

Kilka minut później Mazur i Szewczyk siedzieli już w samochodzie i wyjeżdżali właśnie z osiedla. Przez cały ten czas nie odzywali się do siebie. Dopiero gdy samochód przejechał przez bramę, kobieta postanowiła dać upust swojej irytacji.
- Możesz mi łaskawie powiedzieć, co to miało być? – zgromiła Mazura wzrokiem, który najwidoczniej nic sobie z tego nie robił.
- O co ci chodzi?
- To, że zachowałeś się jak idiota z tym telefonem! O to mi chodzi! Ja nie wiem! Kobieta tam odchodzi od zmysłów, ewidentnie chce zostać sam na sam ze swoim… przyjacielem…
- Kochankiem…
- Cholera jasna! Kochanek, przyjaciel, to nie ma teraz znaczenia!
- Dla mnie ma.
- Słuchaj, ja rozumiem, że młody gość, który pociesza kobietę, starszą od siebie po śmierci męża, i który nie jest jej synem to trochę nietypowe. I bez ciebie domyślam się, że coś ich łączy, bo naprawdę nie potrzeba tutaj Freuda…
- Powiedziała mi to.
            Kobieta poczerwieniała w jednej chwili, a oczy się rozszerzyły. Zaraz się zacznie kabaret – pomyślał Mazur.
- Wypytywałeś ja?! W takiej chwili?! Ciało jej męża jeszcze nie ostygło, kobieta ma na pewno wyrzuty sumienia, a ty najzwyczajniej w świecie wypytujesz ją o kochanków?! Naprawdę jesteś kretyn! Ja nie wiem, jak można być tak pozbawionym empatii! Twoja inteligencja emocjonalna jest na poziomie ameby! Wiesz ile czasu zajęło mi, aby doprowadzić tą kobietę do jako takiej równowagi psychicznej?! Jej stabilność można przyrównać do dwunożnego krzesła!
- Nie interesuje mnie twoje zdanie.
- A powinno do jasnej cholery! – kobieta odwróciła się na tyle, na ile pozwalały jej na to pasy bezpieczeństwa – jeśli stwierdzę, że twoje zachowanie względem rodziny ofiary jest nieodpowiednie i naraża na szwank jej stan psychiczny, to pożegnasz się ze sprawą.
- Wiem.
- No i!? Tylko tyle masz mi do powiedzenia?! – Kobieta nawet nie starała się ukrywać złości. Mazur był chyba jedynym człowiekiem, który swoim zachowaniem, potrafił ją zdenerwować.
W jednym momencie Mazur odbił w prawo i zjechał na stację benzynową. Zaparkował tuż przy wejściu i wyłączył silnik. Zdezorientowana kobieta na chwilę zapomniała o kłótni spojrzała zdziwiona na policjanta.
- Co ty robisz? Po co się tu zatrzymałeś?
- Potrzebuję kofeiny, a ty ochłoń przez ten czas w aucie. Chcesz coś?
Nim kobieta zdążyła odpowiedzieć, Zbyszek opuścił auto i zamknął za sobą drzwi. Po niecałych pięciu minutach wrócił z powrotem niosąc w ręku czteropak Red Bulla, który rzucił na tylne siedzenie. Dorota popatrzyła na to z obrzydzeniem, malującym się na jej twarzy.
- Mógłbyś przestać pić ten syf.
- Wiele rzeczy bym mógł, ale jest mi to potrzebne.
- Dostaniesz raka trzustki.
- Ty palisz, więc zdechniesz na jakiś płucny syf.
Kobieta nic nie odparła tylko westchnęła ciężko.
- Dobrze, a teraz wróćmy do naszej rozmowy. Nie zostawię tak tego. Możesz mi teraz wytłumaczyć swoje zachowanie? Nie mogłeś mnie o ten telefon poprosić?
- Mogłem, ale potrzebowałem listy jego połączeń. A twoja na niewiele by mi się zdała
- Do czego ci ona?
- Przejrzałem dzisiaj rano jeszcze raz film z nagrania z osiedlowych kamer.
- I co w związku z tym?
- Na nagraniu samego zabójstwa nie ma nic ciekawego. Jest natomiast na nagraniu sprzed bramy.
- Tam gdzie kamera zarejestrowała tego, nazwijmy to umownie, bezdomnego?
- Ten, jak go nazwałaś, umowny bezdomny zrobił ciekawą rzecz, którą za pierwszy razem przeoczyłem.
- Jaką mianowicie?
- Oglądałaś film?
- Tak. Wczoraj, gdy wróciłam od Świebodzińskiej.
- I co na nim zobaczyłaś?
- Mazur proszę cię – kobieta pokręciła głową w geście irytacji – naprawdę nie możesz powiedzieć?
- Odpowiedz.
- Na nagraniu było pokazane, jak nasz bezdomny stał przy kontenerze, po czym wszedł przez bramę.
- Może i masz wiedzę na temat ludzkiej natury, ale nie dostrzegasz rzeczy oczywistych, nawet wtedy gdy masz je tuż przed oczami. Nie zdziwiło cię na przykład to, że nasz bezdomny rozmawiał przez telefon?
Dorota spojrzała na Mazura, szeroko rozwartymi oczami.
- Nie widać może tego dokładnie, bo wyjął go tylko na chwilę, po czym schował do kieszeni. Do tej samej kieszeni sięgnął potem tuż przed wejściem na osiedle. Prawdopodobnie, aby zakończyć połączenie, a przez cały ten czas używał zestawy głośno-mówiącego albo słuchawki bluetooth. Dziwnym trafem nasz Robert dzwonił wczoraj o tej samej godzinie do żony ofiary.
- Jesteś pewien? – kobieta sprawiała wrażenie ożywionej.
- Pewny nie. Może to po prostu przypadek. Różnica między połączeniem w jego telefonie, a zegarem na kamerze wynosi trzy minuty. Długość połączenia się zgadza, wynosi prawie 20 minut. A propos, mogę pożyczyć telefon?
- Po co ci?
- Chcę coś ustalić, zaraz ci wszystko wyjaśnię.
Kobieta bez słowa podała swój telefon Przemkowi. Mężczyzna szybko wybrał na nim jakiś numer i przyłożył go do ucha. Jednocześnie wydobył z kieszeni swój telefon i włączył wyświetlacz, na którym Dorota dostrzegła uruchomiony stoper. Nie zdążyła jednak spytać o nic, gdyż w tym momencie Mazur zaczął z kimś rozmawiać.
- Witam serdecznie Przemysław Mazur z tej strony. Rozmawialiśmy dzisiaj rano. Czy mógłbym prosić o czas na kamerach?... Tak zgadza się, z dokładnością co do sekundy… super, dziękuję bardzo za pomoc…pozdrawiam… Dziękuję i oczywiście wzajemnie.
Mazur zatrzymał stoper na swoim telefonie.
- Na kamerach jest godzina 10:17:47.
- Gdzie dzwoniłeś?
Przez chwilę mężczyzna nie odzywał się tylko zapisywał jakieś liczby w notatniku, który następnie pokazał Dorocie.

10:02:00 (+10)
0:18:33
10:17:47

- Co to za liczby?
- Pierwsza z nich to godzina, która widniała na telefonie Roberta, kiedy go używałem. Równo o tej godzinie uruchomiłem stoper w swojej komórce. To ten drugi czas.
- A ten trzeci, to obecna godzina pokazywana przez kamery?
- Zgadza się. O szóstej rano byłem tutaj i rozmawiałem z ochroniarzem, którego zmiana właśnie się zaczynała. Powiedziałem mu, że dla lepszego ustalenia przebiegu wydarzeń, potrzebna mi będzie konkretna godzina w momencie gdy do niego zadzwonię. Policyjna blacha sprawiła, że był chętny do współpracy, natomiast pięćdziesięciozłotowy banknot sprawił, że nie zadawał żadnych pytań. Chciałem ustalić, z czego wynika ta różnica trzech minut, bo tyle jak zapewne pamiętasz, wynosiła. W momencie gdy dzwoniłem do ochroniarza kamery pokazywały czas 10:17:47, natomiast według moich wyliczeń za pomocą stopera czas, który był w tym samym momencie wyświetlany był na komórce Roberta to 10:20:33, plus te pare sekund. Niemniej, mamy naszą różnicę trzech minut.
Dorota otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.
- Choć ciągle stanowi to jedynie poszlakę. W końcu jakby się uprzeć, znajdziemy stu jak nie więcej ludzi, którzy w tym czasie wykonywali połączenie.
- Chcesz powiedzieć, że podejrzewasz tego całego Roberta?
- Zgadza się.
Kobieta nie wytrzymała i postanowiła dać upust swojej irytacji.
- Bez sensu. Nie masz żadnych dowodów, a odstawiasz takie szopki. Popisujesz się jakimiś durnymi podchodami.
- Chciałem mieć jakiś punkt zaczepienia.
- I nie pomyślałeś, że lepiej byłoby poprosić firmę telekomunikacyjną o namierzenie, gdzie w danym momencie znajdował się Robert?
- Mogłem, ale żeby prokurator nam na to zezwolił to muszę mieć jakieś poszlaki, tak jak w przypadku rewizji. Druga rzecz, że trochę to zajmie, a nie możemy siedzieć i czekać z założonymi rękami, jednak żeby działać muszę mieć na czym.
Przez chwilę jechali w milczeniu. Wjeżdżali właśnie na skrzyżowanie Marszałków, skąd skręcali w Piłsudzkiego w kierunku centrum.
ROBERT, WIEK OKOŁO 30 LAT, WYSPORTOWANY, TYP PODOBAJĄCY SIĘ KOBIETOM. DWIE TEORIE. PIERWSZA: TRAKTOWAŁ ROMANS JAK PRZYGODĘ, KOBIETA NIC DLA NIEGO NIE ZNACZYŁA. MAŁO PRAWDOPODOBNE. JEŚLI WIERZYĆ ŻONIE OFIARY, BYŁ MOCNO ZAANGAŻOWANY. DRUGA: TRAKTOWAŁ ZWIĄZEK POWAŻNIE, KOBIETA NIE CHCIAŁA ODEJŚĆ OD MĘŻA, KTÓREGO KOCHAŁA. ROBERT NIE MÓGŁ SIĘ Z TYM POGODZIĆ. MOTYW ZABÓJSTWA: ZAZDROŚĆ.
- Zazdrość to częsty motyw popełnianych morderstw – rzekł niespodziewanie, jakby wyrwany z transu - na szybko przypominam sobie jeden. 22 czerwca 2016 roku. 46 letni mężczyzna zabił młodszego o 10 lat człowieka właśnie przez zazdrość.
- Prowadziłeś tą sprawę?
- Nie.
- To skąd wiesz?
- Wzmianka była o tym na jednym z portali internetowych. Notka nie była za długa, ani nie był podany całościowy obraz sytuacji.
- Przecież to było ponad rok temu! Chcesz powiedzieć, że zapamiętałeś to?
- To, jak i wiele innych spraw, o których pisały gazety.
- Ale nie rozumiem, po co ci to?
- Przestępcy działają pewnymi powielanymi schematami. Warto je znać, bo wtedy łatwiej dojść do sedna. Jednak na chwilę obecną mamy tylko motyw i wiemy, że połączenie, które wykonał zabójca pokrywa się z godziną połączenia, które wykonywał Robert do swojej kochanki. Będę cię musiał prosić o pomoc.
- No proszę, zamieniam się w słuch.
- Chciałbym, żebyś spytała tą kobietę wprost, o czym była ta rozmowa.
- Przemek… mało ma ta kobieta stresu?
- To może być istotne, a daję ci wybór. Albo ty z nią pogadasz albo zrobię to ja z wrodzoną sobie delikatnością.