środa, 17 lipca 2019

ROZDZIAŁ III

- Zdajesz sobie sprawę Mazur, że to trochę za mało, żeby wyciągać jakiekolwiek wnioski?
Komendant odłożył raport, który zdał mu jego podwładny. Zbigniew siedział po drugiej stronie biurka popijając napój energetyczny.
- Wiem, trwa dopiero drugi, a właściwie trzeci dzień śledztwa, jeżeli noc zabójstwa liczyć jako pierwszy. Szewczyk ma dziś pogadać z tą kobietą na temat jej rozmowy kochankiem i ogólnie spytała gdzie pracuje.
- Gazety już huczą! – mężczyzna wskazał nerwowo plik gazet, który leżał na jego biurku - Swoją drogą, jeśli twoja teoria by się sprawdziła, to byłby jeden z najgłupszych zabójców z jakim miałem do czynienia w karierze. Udawać bezdomnego, żeby porozmawiać przez komórkę.
Mężczyzna na samą myśl zaczął chichotać, jednak szybko spoważniał.
- Trzeba poczekać na to, co psycholog ma do powiedzenia i później ewentualnie można wezwać tego całego Roberta na przesłuchanie.
Komendant odchylił się mocno na fotelu, aż zaskrzypiało oparcie mebla i przeciągnął się, wyciągając ręce do góry.
- Dobrze by było szybko rozwiązać tą sprawę, póki temat jest jeszcze świeży. Dobra prasa by nam się przydała.
Obaj mężczyźni siedzieli przez krótki czas w ciszy. Mazur wpatrywał się tylko w niewidzialny punkt, który znajdował się za plecami komendanta. W myślach analizował zebrany materiał.
- A zmieniając nieco temat. Jak przebiega wasza współpraca z Dorotą Szewczyk?
Mazur zamrugał szybko oczami, skierował wzrok na przełożonego i wzruszył ramionami. Był chyba jedyną mężczyzną, który traktował panią psycholog z taką obojętnością i zarazem jedyną postacią w całej łódzkiej komendzie, która potrafiła szczerze wyprowadzić ją z równowagi, pomimo iż nigdy nie było to jego zamysłem.
- Normalnie, a czemu pan pyta? – upił kolejny łyk z puszki.
- Znam wasz wzajemny stosunek do siebie. Mazur, bądźmy szczerzy, nie jesteś łatwym człowiekiem w obyciu, a nie chciałbym, żeby twój charakter przeszkodził w rozwiązaniu tej sprawy.
- Szefie – Mazur odstawił puszkę i spojrzał poważnie na przełożonego – ciągle tylko słyszę, jaki to jestem trudny, a nikt nie pomyślał, że może to inni po prostu przeszkadzają mi w pracy? Naprawdę, mam dość momentami słuchania tych docinek o „Magiku”. Nie chodzi o to, że mnie to rusza, bo ludzie, którzy posługują się takimi inwektywami, są zbyt marnymi jednostkami, żeby mnie obrazić, ale mnie to męczy. Tak samo jak męczy mnie ciągłe wiercenie u sąsiada albo ludzka głupota w komunikacji miejskiej.
- Mazur – komendant westchnął ciężko – zrozum, to są tylko żarty. Chłopie masz ponad trzydzieści lat, a gadasz jak mój syn, który właśnie skończył gimnazjum. Nie możesz wyluzować? Gdzie twoje poczucie humoru? Dystans do siebie?
- Mam wysublimowane poczucie humoru, a takie prostackie przywary mnie nużą. Jak ktoś jest idiotą, to może mu się to podoba, kto ich w ogóle przyjmuje, gdyby o mnie chodziło…
- Dość! Człowieku co ty wygadujesz?! Nie możesz tego po prostu zignorować? Wiesz jak ciężko było ostatnio z twoim awansem, właśnie przez takie zachowanie? Cholera jasna, ty naprawdę gadasz czasem jak potłuczony! Bawisz się w nadczłowieka i naprawdę nie wiem, czy ty tylko żartujesz i odzywa się tutaj to twoje specyficzne poczucie humoru, czy ty naprawdę tak uważasz.
- Muszę odpowiadać?
- Nie ważne. To wszystko na dziś.
Komendant przybrał minę człowieka zrezygnowanego. Szczerze nie miał już ochoty ma dalszą dyskusję z Mazurem, która jego zdaniem i tak nic nie zmieni. Już dawno doszedł do wniosku, że Zbyszek jest jaki jest i wszelkie próby zmienienia go, spełzną na niczym. Z drugiej strony był jednym z najlepszych śledczych, jacy w ciągu ostatnich trzech dekad pracowali w wydziale zabójstw. Przemawiały za nim wyniki i z tego też powodu, pomimo cechy mizantropa, którą Mazur niewątpliwie posiadał, komendant trzymał go u siebie.


*

            Gdy Zbyszek opuszczał komisariat, dochodziła godzina czwarta po południu. Wiejący na ulicy wiatr, uderzył go w twarz zimnym powietrzem. Nieprzespana noc powoli dawała o sobie znać, toteż zrezygnował z powrotu do domu na piechotę i udał się w kierunku ulicy Kościuszki, skąd tramwajem pojechał w kierunku Dąbrowy. Miał w plecaku jeszcze dwie puszki Red Bulla, którymi mógł się pokrzepić, jednak stwierdził, że da już dziś wątrobie odpocząć. Wiadomo od dawna, że tego typu napoje nie są zbyt zdrowym dodatkiem do diety, a poza tym kofeina w nich zawarta, przestała na niego działać. Mazur jednak lubił ich smak i tylko dlatego je kupował.
Przez całą drogę do domu odtwarzał w pamięci wideo z nagrania, które oglądał minionej nocy. Na myśl o tym, że wszyscy, łącznie z nim, przeoczyli moment z komórką, roześmiał się na tyle głośno, że stojąca obok starsza kobieta, popatrzyła na niego z dezaprobatą.
Po niespełna pół godzinie był już u siebie. Zdjąwszy buty oraz kurtkę, udał się do swojego pokoju, którego głównym elementem umeblowania był kredens po brzegi wypchany książkami oraz regał, którego półki także uginały się pod ciężarem zadrukowanych i oprawionych kartek papieru. Znajomi Mazura, gdy tylko wpadali do niego z wizytą, mówili żartobliwie, że pewnego dnia jego meble przebiją się przez podłogę i wylądują u sąsiada niżej.
Po tym jak rzucony plecak znalazł w kącie, mężczyzna usadowił się na kanapie. Wziął do ręki książkę, którą zaczął czytać ostatniego wieczoru. „Trzech panów w łódce nie licząc psa” autorstwa Jerome K. Jerome już od pierwszych stron bardzo przypadła mu do gustu swoim humorem, toteż nie był zadowolony gdy po niecałej godzinie, zadzwonił jego telefon. Przeklinając porządek całego świata, podniósł się z łóżka i wziął telefon do ręki. Na wyświetlaczu widniało nazwisko Szewczyk.
- Słucham cię.
- Właśnie wyszłam od Małgorzaty Świebodzińskiej.
Przez telefon słychać było, że kobieta ma przyspieszony i lekko urywany oddech. Łatwo można było wyciągnąć wnioski, że kobieta szła szybkim krokiem podczas rozmowy.
- No spoko, jak przebiegła rozmowa?
- Dalej roztrzęsiona. Teraz dopiero, tak naprawdę dociera do niej, co się stało. Nie chciałam jej za bardzo naciskać, bo w jej stanie może to prowadzić do zamknięcia się w sobie. Udało mi się jednak ustalić, że tego wieczora, gdy Marcin Świebodziński został zabity, ona na krótko przed tym pokłóciła się z Robertem. Chciała zakończyć ten romans. Robert ją przekonywał o swojej miłości i że chce z nią być, jednak ona była kategoryczna w swoim postanowieniu. Fakt że zaraz po tej kłótni, dowiedziała się o śmierci męża, sprawił że czuje się winna. Z tego powodu nie ciągnęłam dalej tematu, ale pomyślałam, że chcesz wiedzieć.
- Rozumiem. W porządku, dziękuję. Mamy zatem motyw.
- Co teraz zamierzasz?
- Możliwe, że przesłucham jej kochanka. Nawet na pewno.
- W porządku. Kończę już i lecę na autobus. Przyznam szczerze, że wykończyła mnie ta rozmowa.
- Domyślam się. Dobra leć, bo zadyszki zaraz dostaniesz.
- Taa… do zobaczenia.
Mazur odłożył telefon na biurko i znów położył się na kanapie. Nie wrócił jednak do lektury, tylko wbił wzrok w sufit. Układał w całość hipotetyczny przebieg wydarzeń.

1)      ROBERT JEST ZAKOCHANY W ŻONIE OFIARY.

2) KOBIETA KOŃCZY ROMANS. ON JEST WŚCIEKŁY.

3)   WŚCIEKŁOŚĆ PRZERADZA SIĘ W NIENAWIŚĆ. NIENAWIŚĆ TAK SILNĄ, ŻE POSTANAWIA ZABIĆ.

4)   GDY EMOCJE BIORĄ CAŁKOWICIE GÓRĘ NA ZDROWYM ROZSĄDKIEM, UDAJE SIĘ NA OSIEDLE OFIARY.

5)   TAM CZEKA, AŻ DOZORCA UDA SIĘ NA OBCHÓD.

6)   W MIĘDZYCZASIE DZWONI DO UKOCHANEJ KOBIETY I PROSI, ABY PRZEMYŚLAŁA ICH RPZYSZŁOŚĆ. ONA ODMAWIA, A ON WPADA W SZAŁ. JEST ZDECYDOWANY USUNĄĆ JEDYNĄ OSOBĘ, KTÓRA STOI NA DRODZE DO JEGO SZCZĘŚCIA.

7)   WCHODZI NA TEREN OSIEDLA I CZEKA.

8)   GDY TYLKO DOSTRZEGA OFIARĘ, PODCHODZI I ZABIJA.

Ciąg zdarzeń wydawał mu się jak najbardziej poprawny, jednak było coś, co nie dawało mu spokoju. Często tak się działo, że gdy coś wydawało się zbyt proste, musiało mieć jakiś haczyk. Niejeden raz zarzucano mu, że szuka skomplikowanych teorii tam, gdzie ich nie ma. Nie może przyjąć do wiadomości, że nie wszystkie sprawy muszą być skomplikowane. Dlatego też nie wiedział czy ten niepokój wywołany jest faktycznie czymś, co przeoczył, czy może oczekiwał od tej sprawy czegoś więcej.

*
           
Ze snu wyrwał go dzwonek w telefonie. Górskie szczyty oraz bezkres dolin u ich podnóża zamienił się w niewielki pokój, do którego przez odsłonięte okno docierało światło ulicznych latarni. Pół przytomny zerwał się z łóżka i dobył telefonu. Numer, który pojawił się na wyświetlaczu nie był mu znany, mimo to wbrew swoim zwyczajom odebrał.
- Mazur, słucham?
- Przepraszam… - w słuchawce zabrzmiał kobiecy głos – przepraszam, mam nadzieję, że nie obudziłam.
Dopiero po chwili Zbyszek rozpoznał ów głos, który należał do Małgorzaty Świebodzińskiej. Mężczyzna odsunął na chwilę telefon od ucha i spojrzał na widniejący na ekranie zegar. Dochodziła godzina jedenasta wieczór.
- Dzwonię, bo…  – kontynuowała, jej głos wydawał się załamywać - prosił pan, żebym się odezwała, gdyby coś sobie przypomniała.
- Tak, pamiętam – policjant starał się mówić łagodnym tonem, choć ciągle był mocno rozespany – czy coś się stało? Była u pani dzisiaj pani Dorota i…
- Tak wiem, ale… sama nie wiem czemu, wolałam skontaktować się z panem – kobieta wzięła głęboki oddech, chciała coś powiedzieć, gdy Mazur jej przerwał.
- Proszę się uspokoić, jeżeli pani chce możemy się jutro spotkać.
- Nie, proszę przyjechać dziś, teraz. Boże… sama już nie wiem, boję się, że to może być ważne. Nie chce by coś umknęło policji – kobieta zaczęła płakać – Boże! Już tyle namieszałam! Jeśli choć trochę mogę pomóc. Błagam niech pan przyjedzie.
- Dobrze, rozumiem. Proszę mi dać pół godziny i będę u pani. Gdyby coś się w tym czasie działo, proszę również dzwonić.
- Dziękuję…
Rozłączył się i zapalił światło, które natychmiast poraziło jego przyzwyczajone do ciemności oczy, swoim żółtym blaskiem. Potykając się o hantle, dopadł do plecaka, z którego wydobył puszkę energetyka i którą opróżnił jednym haustem. Szybko nałożył na siebie kurtkę oraz buty i wybiegł z mieszkania. Resztki snu, które zalegały jeszcze w jego umyśle, zostały wywiane przez lodowate powietrze. Mieszanina kofeiny przyjętej w tak krótki czasie oraz ciekawość tego co kobieta ma do powiedzenia była tak silna, że przez całą drogę miał wrażenie jakby serce chciało mu wyskoczyć przez gardło i pobiec gdzieś swoją drogą.
            Na miejscu był po niespełna dwudziestu minutach. Gdy tylko kobieta otworzyła mu drzwi, zamarł. W pierwszej chwili myślał, że pomylił mieszkania. Osoba, która przed nim stała była cieniem samej siebie z poprzedniego dnia. Sińce pod przekrwionymi oczami, wychudzone policzki, włosy w totalnym nieładzie. Dodatkowo ubrana była w niebieski, wyświechtany sweter, na którym malowały się brązowe plamy po kawie. Zastanawiał się czy na Szewczyk wywarła również takie wrażenie.
            Była w tak słabym stanie zarówno fizycznym, jak i psychicznym, że zdawała się nie dostrzegać zdumienia, malującego się w jego oczach. Odsunęła się na bok i Mazur wszedł do mieszkania. Zaraz po tym kobieta udała się do salonu, a policjant za nią nie zdejmując butów i kurtki.
- Chciała pani ze mną porozmawiać? – spytał łagodnie, gdy tylko Świebodzińska usiadła na fotelu z podkulonymi nogami.
- Tak…
- Słucham, zatem – Zbyszek usiadł na kanapie, która stała pod ścianą w taki sposób, że mężczyzna stąd widok na nią jak i na całe mieszkanie.
- Nie wiem czy to ważne… nie wiem od czego zacząć.
- Wszystko może mieć znaczenie.
- Tak, wiem – kobieta siedziała na fotelu wpatrzona w okno na wprost niej. Rękoma objęła kolana. W tym momencie przywodziła Mazurowi na myśl małą dziewczynkę, która zrobiła coś bardzo złego i mając tego świadomość, czeka aż mama ją skrzyczy.
- Tego wieczoru – zaczęła niepewnie – gdy Marcin, mój mąż, wracał z pracy, rozmawiałam z Robertem. To znaczy od do mnie zadzwonił.
- Chciał porozmawiać o was?
- Tak – kobieta przełknęła głośno ślinę – trzy tygodnie temu zerwałam z nim. Powiedziałam, że to koniec, że tak nie można, że kocham męża.
- Nie przyjął tego najlepiej?
- Nie. Był zrozpaczony i zły. Pokłóciliśmy się wtedy. Pierwszy raz podczas naszego…
- Rozumiem – przerwał jej nagle, widząc, że kobiecie z trudem to przychodzi – czy od tamtego czasu kontaktowaliście się ze sobą?
- Wydzwaniał ciągle o różnych porach, głównie wieczorami. Gdy Marcin był wtedy w domu, po prostu wyłączałam telefon. Ostatnimi czasy, często jednak zostawał po godzinach w pracy. Jego firma, w której jest głównym księgowym, wygrała przetarg na program do liczenia głosów. Mają dużo pracy. Musiałam mieć telefon włączony, bo decyzja o tym, że musi zostać w biurze zapadała z godziny na godzinę, o czym mnie natychmiast informował. Normalnie bym go wyłączyła w diabły.
W tej chwili Mazur jakby się ożywił. Nagły impuls, który przemknął przez jego głowę, zmusił szare komórki do wysiłku i sprawił, że coś zaskoczyło w mechanizmie.
- Mówi pani, że jej mąż zostawał ostatnimi czasy po godzinach.
- Tak – kobieta popatrzyła pytająco na Mazura.
- Jak rozumiem, nie były to stałe nadgodziny, a pan Marcin informował o nich na bieżąco?
- Tak, zgadza się. Gdy wiedział, że zostanie dłużej, informował mnie, żebym nie czekała z obiadem. Czy coś się stało?
- Jeszcze chwileczkę, tylko parę pytań, jeśli pani pozwoli.
Kobieta niepewnie kiwnęła głową. Jej oczy rozszerzyły się z ciekawości. Nie sądziła, że taki drobny fakt, jak nadgodziny jej męża najbardziej zainteresują policjanta.
- Czy te nadgodziny były regularne?
- Nie. Były dni, że wracał normalnie, a też były takie, że siedział dwie, trzy godziny, a nawet dłużej.
- Informował panią na bieżąco?
- Tak. Dzwonił wtedy do mnie i mówił.
- Proszę teraz się skupić, to bardzo ważne – Mazur pochylił się do przodu, opierając łokcie na kolanach – czy wspominała pani komukolwiek o tym, że mąż wraca późno?
- Nie.
- Jest pani absolutnie pewna?
- Tak. Proszę mi powiedzieć? Czy coś pan odkrył? – W jednej chwili, jak za wciśnięciem przycisku, kobieta ożywiła się. Tak jak do tej pory siedziała skulna w fotelu ograniczając ruchy do minimum, tak teraz wierciła się na nim, jakby siedzenie ją paliło.
- Proszę się uspokoić, na tym etapie nie chcę wysuwać żadnych wniosków. Powtórzę pytanie. Czy jest pani absolutnie pewna, że nigdy nie wspominała pani nikomu, że mąż danego dnia wróci później? Nawet Robertowi.
Kobieta zacisnęła drobne dłonie na oparciu fotela, wbijając paznokcie w skórzany materiał. Długą chwilę się nie odzywała.
- Pani Małgorzato, proszę…
- Nikomu – odpowiedziała w końcu – jestem pewna. Przysięgam, że nikomu. Z Robertem rozmawiałam tylko raz. Tamtego nieszczęsnego wieczoru. Tuż przed przyjazdem Marcina. Po co ja wtedy odebrałam?! Mój mąż umierał, a ja…
Schowała twarz w dłonie i zaczęła płakać. Po mieszkaniu rozszedł się odgłos jej szlochania. Mazur nie bardzo wiedział, jak jej pomóc. Podszedł do kobiety i przyklęknął obok fotela, na którym siedziała. Chwycił delikatnie jej dłoń i gdy tylko skierowała wzrok w jego stronę ich oczy się spotkały.
- Proszę mnie teraz posłuchać bardzo uważnie. Bardzo, ale to bardzo mi pani pomogła. Każda wskazówka, nawet najbardziej błaha może się okazać kluczowa dla śledztwa.
Kobieta zaczęła się powoli uspokajać. Jego miękki głos działał na nią uspokajająco.
- Nie jestem sędzią i nie mam prawa pani oceniać. Proszę jednak mi wierzyć, że nie ma pani podstaw do tego, aby się obwiniać. Tego haniebnego czynu dokonał człowiek pozbawiony skrupułów i zrobimy wszystko co w naszej mocy, żeby odpowiedział za swoje czyny.
Przez dłuższą chwilę siedzieli w tej pozycji. Kobieta powoli się uspokajała i gdy tylko Mazur stwierdził, że całe napięcie z niej uszło, wrócił na swoje miejsce.
- Czy da pani radę kontynuować?
- Tak – odpowiedziała cicho, ale z jej głosu płynęło zdecydowanie.
- Proszę mi powiedzieć, czy ktoś, poza panią, mógł wiedzieć o tym, że mąż zostaję na nadgodzinach?
- Proszę mi się dać zastanowić.
- Nie spieszy nam się, proszę przemyśleć to na spokojnie.
- Jeśli się nie mylę, to tylko jego szef. Ewentualnie ktoś z jego działu. Wątpię, aby poza mną informował kogoś jeszcze.
- Znam pani jego szefa?
- Raz czy dwa spotkaliśmy go na pikniku organizowanym przez firmę Marcina. Wydawał się sympatycznym człowiekiem, ale też charyzmatycznym. Widać było, że pracownicy czują przed nim respekt.
- Jak on się nazywa?
- Tomasz… Gawron, chyba tak.
Mazur stwierdził, że na dziś wystarczy. Dowiedział się sporo nowych rzeczy o ofierze, toteż dalszy przebieg rozmowy dotyczył tematów, które niebyły związane ze sprawą.
Gdy policjant opuścił mieszkanie kobiety, dochodziła pierwsza. W drodze do domu, analizował zebrany materiał. Wiedział już, że to niepokojące uczucie, że coś przeoczył, a które towarzyszyło mu dzisiejszego popołudnia, nie było bezpodstawne. Postanowił skonsultować się z tej sprawie z kimś…z kimkolwiek. Potrzebował rozmówcy na tyle inteligentnego, który będzie umiał znaleźć ewentualną lukę w jego rozumowaniu, kogoś kto dwa razy się zastanowi nim udzieli odpowiedzi na postawione pytanie. Nim dotarł do swojego mieszkania, zdecydował, że z samego rana skontaktuje się z Dorotą Szewczyk.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz