- Zdajesz sobie sprawę Mazur, że to
trochę za mało, żeby wyciągać jakiekolwiek wnioski?
Komendant
odłożył raport, który zdał mu jego podwładny. Zbigniew siedział po drugiej
stronie biurka popijając napój energetyczny.
- Wiem, trwa dopiero drugi, a
właściwie trzeci dzień śledztwa, jeżeli noc zabójstwa liczyć jako pierwszy.
Szewczyk ma dziś pogadać z tą kobietą na temat jej rozmowy kochankiem i ogólnie
spytała gdzie pracuje.
- Gazety już huczą! – mężczyzna
wskazał nerwowo plik gazet, który leżał na jego biurku - Swoją drogą, jeśli
twoja teoria by się sprawdziła, to byłby jeden z najgłupszych zabójców z jakim
miałem do czynienia w karierze. Udawać bezdomnego, żeby porozmawiać przez
komórkę.
Mężczyzna na
samą myśl zaczął chichotać, jednak szybko spoważniał.
- Trzeba poczekać na to, co
psycholog ma do powiedzenia i później ewentualnie można wezwać tego całego
Roberta na przesłuchanie.
Komendant
odchylił się mocno na fotelu, aż zaskrzypiało oparcie mebla i przeciągnął się,
wyciągając ręce do góry.
- Dobrze by było szybko rozwiązać
tą sprawę, póki temat jest jeszcze świeży. Dobra prasa by nam się przydała.
Obaj mężczyźni
siedzieli przez krótki czas w ciszy. Mazur wpatrywał się tylko w niewidzialny
punkt, który znajdował się za plecami komendanta. W myślach analizował zebrany
materiał.
- A zmieniając nieco temat. Jak
przebiega wasza współpraca z Dorotą Szewczyk?
Mazur zamrugał
szybko oczami, skierował wzrok na przełożonego i wzruszył ramionami. Był chyba
jedyną mężczyzną, który traktował panią psycholog z taką obojętnością i zarazem
jedyną postacią w całej łódzkiej komendzie, która potrafiła szczerze
wyprowadzić ją z równowagi, pomimo iż nigdy nie było to jego zamysłem.
- Normalnie, a czemu pan pyta? –
upił kolejny łyk z puszki.
- Znam wasz wzajemny stosunek do
siebie. Mazur, bądźmy szczerzy, nie jesteś łatwym człowiekiem w obyciu, a nie
chciałbym, żeby twój charakter przeszkodził w rozwiązaniu tej sprawy.
- Szefie – Mazur odstawił puszkę i
spojrzał poważnie na przełożonego – ciągle tylko słyszę, jaki to jestem trudny,
a nikt nie pomyślał, że może to inni po prostu przeszkadzają mi w pracy? Naprawdę,
mam dość momentami słuchania tych docinek o „Magiku”. Nie chodzi o to, że mnie
to rusza, bo ludzie, którzy posługują się takimi inwektywami, są zbyt marnymi
jednostkami, żeby mnie obrazić, ale mnie to męczy. Tak samo jak męczy mnie
ciągłe wiercenie u sąsiada albo ludzka głupota w komunikacji miejskiej.
- Mazur – komendant westchnął
ciężko – zrozum, to są tylko żarty. Chłopie masz ponad trzydzieści lat, a
gadasz jak mój syn, który właśnie skończył gimnazjum. Nie możesz wyluzować?
Gdzie twoje poczucie humoru? Dystans do siebie?
- Mam wysublimowane poczucie
humoru, a takie prostackie przywary mnie nużą. Jak ktoś jest idiotą, to może mu
się to podoba, kto ich w ogóle przyjmuje, gdyby o mnie chodziło…
- Dość! Człowieku co ty
wygadujesz?! Nie możesz tego po prostu zignorować? Wiesz jak ciężko było
ostatnio z twoim awansem, właśnie przez takie zachowanie? Cholera jasna, ty
naprawdę gadasz czasem jak potłuczony! Bawisz się w nadczłowieka i naprawdę nie
wiem, czy ty tylko żartujesz i odzywa się tutaj to twoje specyficzne poczucie
humoru, czy ty naprawdę tak uważasz.
- Muszę odpowiadać?
- Nie ważne. To wszystko na dziś.
Komendant
przybrał minę człowieka zrezygnowanego. Szczerze nie miał już ochoty ma dalszą
dyskusję z Mazurem, która jego zdaniem i tak nic nie zmieni. Już dawno doszedł
do wniosku, że Zbyszek jest jaki jest i wszelkie próby zmienienia go, spełzną
na niczym. Z drugiej strony był jednym z najlepszych śledczych, jacy w ciągu
ostatnich trzech dekad pracowali w wydziale zabójstw. Przemawiały za nim wyniki
i z tego też powodu, pomimo cechy mizantropa, którą Mazur niewątpliwie
posiadał, komendant trzymał go u siebie.
*
Gdy
Zbyszek opuszczał komisariat, dochodziła godzina czwarta po południu. Wiejący
na ulicy wiatr, uderzył go w twarz zimnym powietrzem. Nieprzespana noc powoli
dawała o sobie znać, toteż zrezygnował z powrotu do domu na piechotę i udał się
w kierunku ulicy Kościuszki, skąd tramwajem pojechał w kierunku Dąbrowy. Miał w
plecaku jeszcze dwie puszki Red Bulla, którymi mógł się pokrzepić, jednak
stwierdził, że da już dziś wątrobie odpocząć. Wiadomo od dawna, że tego typu
napoje nie są zbyt zdrowym dodatkiem do diety, a poza tym kofeina w nich
zawarta, przestała na niego działać. Mazur jednak lubił ich smak i tylko
dlatego je kupował.
Przez całą
drogę do domu odtwarzał w pamięci wideo z nagrania, które oglądał minionej
nocy. Na myśl o tym, że wszyscy, łącznie z nim, przeoczyli moment z komórką,
roześmiał się na tyle głośno, że stojąca obok starsza kobieta, popatrzyła na
niego z dezaprobatą.
Po niespełna
pół godzinie był już u siebie. Zdjąwszy buty oraz kurtkę, udał się do swojego
pokoju, którego głównym elementem umeblowania był kredens po brzegi wypchany
książkami oraz regał, którego półki także uginały się pod ciężarem
zadrukowanych i oprawionych kartek papieru. Znajomi Mazura, gdy tylko wpadali
do niego z wizytą, mówili żartobliwie, że pewnego dnia jego meble przebiją się
przez podłogę i wylądują u sąsiada niżej.
Po tym jak rzucony
plecak znalazł w kącie, mężczyzna usadowił się na kanapie. Wziął do ręki
książkę, którą zaczął czytać ostatniego wieczoru. „Trzech panów w łódce nie
licząc psa” autorstwa Jerome K. Jerome już od pierwszych stron bardzo przypadła
mu do gustu swoim humorem, toteż nie był zadowolony gdy po niecałej godzinie,
zadzwonił jego telefon. Przeklinając porządek całego świata, podniósł się z
łóżka i wziął telefon do ręki. Na wyświetlaczu widniało nazwisko Szewczyk.
- Słucham cię.
- Właśnie wyszłam od Małgorzaty
Świebodzińskiej.
Przez telefon
słychać było, że kobieta ma przyspieszony i lekko urywany oddech. Łatwo można
było wyciągnąć wnioski, że kobieta szła szybkim krokiem podczas rozmowy.
- No spoko, jak przebiegła rozmowa?
- Dalej roztrzęsiona. Teraz
dopiero, tak naprawdę dociera do niej, co się stało. Nie chciałam jej za bardzo
naciskać, bo w jej stanie może to prowadzić do zamknięcia się w sobie. Udało mi
się jednak ustalić, że tego wieczora, gdy Marcin Świebodziński został zabity,
ona na krótko przed tym pokłóciła się z Robertem. Chciała zakończyć ten romans.
Robert ją przekonywał o swojej miłości i że chce z nią być, jednak ona była
kategoryczna w swoim postanowieniu. Fakt że zaraz po tej kłótni, dowiedziała
się o śmierci męża, sprawił że czuje się winna. Z tego powodu nie ciągnęłam
dalej tematu, ale pomyślałam, że chcesz wiedzieć.
- Rozumiem. W porządku, dziękuję.
Mamy zatem motyw.
- Co teraz zamierzasz?
- Możliwe, że przesłucham jej
kochanka. Nawet na pewno.
- W porządku. Kończę już i lecę na
autobus. Przyznam szczerze, że wykończyła mnie ta rozmowa.
- Domyślam się. Dobra leć, bo
zadyszki zaraz dostaniesz.
- Taa… do zobaczenia.
Mazur odłożył
telefon na biurko i znów położył się na kanapie. Nie wrócił jednak do lektury,
tylko wbił wzrok w sufit. Układał w całość hipotetyczny przebieg wydarzeń.
1)
ROBERT
JEST ZAKOCHANY W ŻONIE OFIARY.
2) KOBIETA
KOŃCZY ROMANS. ON JEST WŚCIEKŁY.
3) WŚCIEKŁOŚĆ PRZERADZA SIĘ W NIENAWIŚĆ.
NIENAWIŚĆ TAK SILNĄ, ŻE POSTANAWIA ZABIĆ.
4) GDY EMOCJE BIORĄ CAŁKOWICIE GÓRĘ NA ZDROWYM
ROZSĄDKIEM, UDAJE SIĘ NA OSIEDLE OFIARY.
5) TAM CZEKA, AŻ DOZORCA UDA SIĘ NA OBCHÓD.
6) W MIĘDZYCZASIE DZWONI DO UKOCHANEJ KOBIETY I
PROSI, ABY PRZEMYŚLAŁA ICH RPZYSZŁOŚĆ. ONA ODMAWIA, A ON WPADA W SZAŁ. JEST
ZDECYDOWANY USUNĄĆ JEDYNĄ OSOBĘ, KTÓRA STOI NA DRODZE DO JEGO SZCZĘŚCIA.
7) WCHODZI NA TEREN OSIEDLA I CZEKA.
8) GDY TYLKO DOSTRZEGA OFIARĘ, PODCHODZI I
ZABIJA.
Ciąg zdarzeń
wydawał mu się jak najbardziej poprawny, jednak było coś, co nie dawało mu
spokoju. Często tak się działo, że gdy coś wydawało się zbyt proste, musiało
mieć jakiś haczyk. Niejeden raz zarzucano mu, że szuka skomplikowanych teorii
tam, gdzie ich nie ma. Nie może przyjąć do wiadomości, że nie wszystkie sprawy
muszą być skomplikowane. Dlatego też nie wiedział czy ten niepokój wywołany
jest faktycznie czymś, co przeoczył, czy może oczekiwał od tej sprawy czegoś
więcej.
*
Ze snu wyrwał
go dzwonek w telefonie. Górskie szczyty oraz bezkres dolin u ich podnóża
zamienił się w niewielki pokój, do którego przez odsłonięte okno docierało
światło ulicznych latarni. Pół przytomny zerwał się z łóżka i dobył telefonu.
Numer, który pojawił się na wyświetlaczu nie był mu znany, mimo to wbrew swoim
zwyczajom odebrał.
- Mazur, słucham?
- Przepraszam… - w słuchawce
zabrzmiał kobiecy głos – przepraszam, mam nadzieję, że nie obudziłam.
Dopiero po
chwili Zbyszek rozpoznał ów głos, który należał do Małgorzaty Świebodzińskiej.
Mężczyzna odsunął na chwilę telefon od ucha i spojrzał na widniejący na ekranie
zegar. Dochodziła godzina jedenasta wieczór.
- Dzwonię, bo… – kontynuowała, jej głos wydawał się załamywać
- prosił pan, żebym się odezwała, gdyby coś sobie przypomniała.
- Tak, pamiętam – policjant starał
się mówić łagodnym tonem, choć ciągle był mocno rozespany – czy coś się stało?
Była u pani dzisiaj pani Dorota i…
- Tak wiem, ale… sama nie wiem
czemu, wolałam skontaktować się z panem – kobieta wzięła głęboki oddech,
chciała coś powiedzieć, gdy Mazur jej przerwał.
- Proszę się uspokoić, jeżeli pani
chce możemy się jutro spotkać.
- Nie, proszę przyjechać dziś,
teraz. Boże… sama już nie wiem, boję się, że to może być ważne. Nie chce by coś
umknęło policji – kobieta zaczęła płakać – Boże! Już tyle namieszałam! Jeśli
choć trochę mogę pomóc. Błagam niech pan przyjedzie.
- Dobrze, rozumiem. Proszę mi dać
pół godziny i będę u pani. Gdyby coś się w tym czasie działo, proszę również
dzwonić.
- Dziękuję…
Rozłączył się i zapalił światło,
które natychmiast poraziło jego przyzwyczajone do ciemności oczy, swoim żółtym
blaskiem. Potykając się o hantle, dopadł do plecaka, z którego wydobył puszkę
energetyka i którą opróżnił jednym haustem. Szybko nałożył na siebie kurtkę
oraz buty i wybiegł z mieszkania. Resztki snu, które zalegały jeszcze w jego
umyśle, zostały wywiane przez lodowate powietrze. Mieszanina kofeiny przyjętej
w tak krótki czasie oraz ciekawość tego co kobieta ma do powiedzenia była tak
silna, że przez całą drogę miał wrażenie jakby serce chciało mu wyskoczyć przez
gardło i pobiec gdzieś swoją drogą.
Na
miejscu był po niespełna dwudziestu minutach. Gdy tylko kobieta otworzyła mu
drzwi, zamarł. W pierwszej chwili myślał, że pomylił mieszkania. Osoba, która przed
nim stała była cieniem samej siebie z poprzedniego dnia. Sińce pod
przekrwionymi oczami, wychudzone policzki, włosy w totalnym nieładzie.
Dodatkowo ubrana była w niebieski, wyświechtany sweter, na którym malowały się
brązowe plamy po kawie. Zastanawiał się czy na Szewczyk wywarła również takie
wrażenie.
Była
w tak słabym stanie zarówno fizycznym, jak i psychicznym, że zdawała się nie dostrzegać
zdumienia, malującego się w jego oczach. Odsunęła się na bok i Mazur wszedł do
mieszkania. Zaraz po tym kobieta udała się do salonu, a policjant za nią nie
zdejmując butów i kurtki.
- Chciała pani ze mną porozmawiać?
– spytał łagodnie, gdy tylko Świebodzińska usiadła na fotelu z podkulonymi
nogami.
- Tak…
- Słucham, zatem – Zbyszek usiadł
na kanapie, która stała pod ścianą w taki sposób, że mężczyzna stąd widok na
nią jak i na całe mieszkanie.
- Nie wiem czy to ważne… nie wiem
od czego zacząć.
- Wszystko może mieć znaczenie.
- Tak, wiem – kobieta siedziała na
fotelu wpatrzona w okno na wprost niej. Rękoma objęła kolana. W tym momencie
przywodziła Mazurowi na myśl małą dziewczynkę, która zrobiła coś bardzo złego i
mając tego świadomość, czeka aż mama ją skrzyczy.
- Tego wieczoru – zaczęła niepewnie
– gdy Marcin, mój mąż, wracał z pracy, rozmawiałam z Robertem. To znaczy od do
mnie zadzwonił.
- Chciał porozmawiać o was?
- Tak – kobieta przełknęła głośno
ślinę – trzy tygodnie temu zerwałam z nim. Powiedziałam, że to koniec, że tak
nie można, że kocham męża.
- Nie przyjął tego najlepiej?
- Nie. Był zrozpaczony i zły.
Pokłóciliśmy się wtedy. Pierwszy raz podczas naszego…
- Rozumiem – przerwał jej nagle,
widząc, że kobiecie z trudem to przychodzi – czy od tamtego czasu
kontaktowaliście się ze sobą?
- Wydzwaniał ciągle o różnych
porach, głównie wieczorami. Gdy Marcin był wtedy w domu, po prostu wyłączałam
telefon. Ostatnimi czasy, często jednak zostawał po godzinach w pracy. Jego
firma, w której jest głównym księgowym, wygrała przetarg na program do liczenia
głosów. Mają dużo pracy. Musiałam mieć telefon włączony, bo decyzja o tym, że
musi zostać w biurze zapadała z godziny na godzinę, o czym mnie natychmiast
informował. Normalnie bym go wyłączyła w diabły.
W tej chwili
Mazur jakby się ożywił. Nagły impuls, który przemknął przez jego głowę, zmusił
szare komórki do wysiłku i sprawił, że coś zaskoczyło w mechanizmie.
- Mówi pani, że jej mąż zostawał
ostatnimi czasy po godzinach.
- Tak – kobieta popatrzyła pytająco
na Mazura.
- Jak rozumiem, nie były to stałe
nadgodziny, a pan Marcin informował o nich na bieżąco?
- Tak, zgadza się. Gdy wiedział, że
zostanie dłużej, informował mnie, żebym nie czekała z obiadem. Czy coś się
stało?
- Jeszcze chwileczkę, tylko parę
pytań, jeśli pani pozwoli.
Kobieta
niepewnie kiwnęła głową. Jej oczy rozszerzyły się z ciekawości. Nie sądziła, że
taki drobny fakt, jak nadgodziny jej męża najbardziej zainteresują policjanta.
- Czy te nadgodziny były regularne?
- Nie. Były dni, że wracał
normalnie, a też były takie, że siedział dwie, trzy godziny, a nawet dłużej.
- Informował panią na bieżąco?
- Tak. Dzwonił wtedy do mnie i
mówił.
- Proszę teraz się skupić, to
bardzo ważne – Mazur pochylił się do przodu, opierając łokcie na kolanach – czy
wspominała pani komukolwiek o tym, że mąż wraca późno?
- Nie.
- Jest pani absolutnie pewna?
- Tak. Proszę mi powiedzieć? Czy
coś pan odkrył? – W jednej chwili, jak za wciśnięciem przycisku, kobieta
ożywiła się. Tak jak do tej pory siedziała skulna w fotelu ograniczając ruchy
do minimum, tak teraz wierciła się na nim, jakby siedzenie ją paliło.
- Proszę się uspokoić, na tym
etapie nie chcę wysuwać żadnych wniosków. Powtórzę pytanie. Czy jest pani
absolutnie pewna, że nigdy nie wspominała pani nikomu, że mąż danego dnia wróci
później? Nawet Robertowi.
Kobieta zacisnęła
drobne dłonie na oparciu fotela, wbijając paznokcie w skórzany materiał. Długą
chwilę się nie odzywała.
- Pani Małgorzato, proszę…
- Nikomu – odpowiedziała w końcu –
jestem pewna. Przysięgam, że nikomu. Z Robertem rozmawiałam tylko raz. Tamtego
nieszczęsnego wieczoru. Tuż przed przyjazdem Marcina. Po co ja wtedy
odebrałam?! Mój mąż umierał, a ja…
Schowała twarz
w dłonie i zaczęła płakać. Po mieszkaniu rozszedł się odgłos jej szlochania.
Mazur nie bardzo wiedział, jak jej pomóc. Podszedł do kobiety i przyklęknął
obok fotela, na którym siedziała. Chwycił delikatnie jej dłoń i gdy tylko
skierowała wzrok w jego stronę ich oczy się spotkały.
- Proszę mnie teraz posłuchać
bardzo uważnie. Bardzo, ale to bardzo mi pani pomogła. Każda wskazówka, nawet
najbardziej błaha może się okazać kluczowa dla śledztwa.
Kobieta zaczęła
się powoli uspokajać. Jego miękki głos działał na nią uspokajająco.
- Nie jestem sędzią i nie mam prawa
pani oceniać. Proszę jednak mi wierzyć, że nie ma pani podstaw do tego, aby się
obwiniać. Tego haniebnego czynu dokonał człowiek pozbawiony skrupułów i zrobimy
wszystko co w naszej mocy, żeby odpowiedział za swoje czyny.
Przez dłuższą
chwilę siedzieli w tej pozycji. Kobieta powoli się uspokajała i gdy tylko Mazur
stwierdził, że całe napięcie z niej uszło, wrócił na swoje miejsce.
- Czy da pani radę kontynuować?
- Tak – odpowiedziała cicho, ale z
jej głosu płynęło zdecydowanie.
- Proszę mi powiedzieć, czy ktoś,
poza panią, mógł wiedzieć o tym, że mąż zostaję na nadgodzinach?
- Proszę mi się dać zastanowić.
- Nie spieszy nam się, proszę
przemyśleć to na spokojnie.
- Jeśli się nie mylę, to tylko jego
szef. Ewentualnie ktoś z jego działu. Wątpię, aby poza mną informował kogoś
jeszcze.
- Znam pani jego szefa?
- Raz czy dwa spotkaliśmy go na
pikniku organizowanym przez firmę Marcina. Wydawał się sympatycznym
człowiekiem, ale też charyzmatycznym. Widać było, że pracownicy czują przed nim
respekt.
- Jak on się nazywa?
- Tomasz… Gawron, chyba tak.
Mazur
stwierdził, że na dziś wystarczy. Dowiedział się sporo nowych rzeczy o ofierze,
toteż dalszy przebieg rozmowy dotyczył tematów, które niebyły związane ze
sprawą.
Gdy policjant opuścił mieszkanie kobiety, dochodziła
pierwsza. W drodze do domu, analizował zebrany materiał. Wiedział już, że to
niepokojące uczucie, że coś przeoczył, a które towarzyszyło mu dzisiejszego
popołudnia, nie było bezpodstawne. Postanowił skonsultować się z tej sprawie z
kimś…z kimkolwiek. Potrzebował rozmówcy na tyle inteligentnego, który będzie
umiał znaleźć ewentualną lukę w jego rozumowaniu, kogoś kto dwa razy się
zastanowi nim udzieli odpowiedzi na postawione pytanie. Nim dotarł do swojego
mieszkania, zdecydował, że z samego rana skontaktuje się z Dorotą Szewczyk.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz