Po tonie głos, który pani psycholog
wyrzuciła ze swoich płuc prosto do słuchawki telefonu, Mazur był w stanie wywnioskować, że nie była zadowolona z
faktu iż ten wydzwania do niej o piątej rano. Jednakże w tym momencie nie
bardzo go to interesowało. Sam nie mógł spać tej nocy, dlatego też jeżeli
liczyć ostatnią drzemkę, w ciągu ostatnich dwóch dób spał zaledwie sześć
godzin. Właśnie rozpoczynała się trzecia doba jego pracy, jednak adrenalina,
która gotowała się w jego żyłach, zmuszała umysł oraz ciało do intensywnego działania.
W końcu po całej litanii niecenzuralnych słów, które Szewczyk wycharczała do
słuchawki, kobieta zgodziła się na spotkanie z Mazurem a ponieważ nie miała
ochoty gościć go u siebie, toteż postanowili, że przyjedzie do niego.
Korzystając
z wolnej chwili jaką miał do jej przyjazdu, postanowił wziąć szybki prysznic.
Następnie, przypomniawszy sobie, że nic nie jadł od wczorajszego wyjścia z
pracy, udał się do kuchni, gdzie wygrzebał z zamrażalnika mrożoną pizzę, którą
wrzucił do piecyka. Ostatni kawałek połykał w biegu, bo właśnie zadzwonił
domofon do jego drzwi. Zdziwił się, że Szewczyk tak szybko zajęło dojechanie do
niego o tej porze, w końcu miała do przejechania całe miasto.
Otworzył
drzwi i omal nie został stratowany przez kobietę, która energicznym krokiem
weszła do jego mieszkania. Gdy w końcu się zatrzymała, Mazur szybkim rzutem oka
ocenił jej wygląd. Słaby, nie pasujący do niej makijaż, na szybko uczesane
włosy, rozchełstany płaszcz, to wszystko świadczyło o tym, że bardzo się
spieszyła.
- Mam nadzieję, że to ważne, bo jak
nie to przyrzekam… - warknęła i zaczęła zdejmować swój ulubiony biały komin.
- Czy to malinka? – spytał Mazur,
połykając ostatni kawałek pizzy.
- Spieprzaj!
- Wchodź, tylko zdejmij buty. Było
sprzątane.
Kobieta
prychnęła, ale usłuchała gospodarza. Ściągnęła czarne kozaki, które postawiła
na stojaku na buty. Palto zawiesiła na wieszaku przy drzwiach, tam też znalazła
się jej torebka.
- Ty faktycznie tutaj sprzątałeś – zdumiona
spojrzała na wiadro z wodą, które stało w przedpokoju i wystającym z niego
mopem.
- O trzeciej nad ranem, zapomniałem
wylać wody.
Kobieta
popatrzyła zdezorientowana. Mazur w tym czasie udał się do dużego pokoju, który
w jego niewielkim mieszkaniu robił za salon. Znajdowała się tutaj kanapa,
kredens, który podobnie jak mebel w mniejszym pokoju wypchany był książkami. Całości
dopełniał niewielki stolik, na którym stał telewizor. Wszystkie te meble usytuowane
były pod ścianą i tylko po środku stał niewielkich rozmiarów stół z czterema
krzesłami, po jednym przy każdym boku.
- Jesteś normalny? Kiedy ostatnio
spałeś?
- Później. Teraz siadaj. Chcesz coś
do picia?
- Kawy! Zdecydowanie! – odparła
kobieta, siadając jednocześnie na jednym z krzeseł.
Mazur
udał się do kuchni, skąd dochodziły odgłosy typowe dla czynności związanych z
przygotowaniem gorących naparów.
- Byłem wczoraj u Świebodzińskiej –
rozpoczął Zbyszek, będąc ciągle w kuchni?
- Słucham?! – na twarzy kobiety
malowało się zdumienie.
- Dzwoniła wczoraj do mnie.
Mężczyzna
wyszedł z kuchni w dwoma parującymi kubkami w rękach. Jeden z nich postawił na
stole przed kobietą. Drugi, ku zdziwieniu kobiety, postawił na podłodze po czym
sam usadowił się obok, opierając o ścianę. Szewczyk miała już zadać proste
pytanie, czemu na przykład nie usiądzie, jak człowiek przy stole, ale
zaniechała tego. Zamiast tego kontynuowała temat głównej rozmowy.
- Nie rozumiem, jak to dzwoniła?
Dałeś jej swój numer?
- W książce by go nie znalazła.
- Cholera Mazur! Możesz być przez
chwilę poważny? Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?
- A po co?
- Bo jestem odpowiedzialna za jej
stan psychiczny? To tak w skrócie, jakbyś zapomniał!
Kobieta wstała
i udała się do przedpokoju, skąd wróciła po chwili z torebką. Przez chwilę z
niej grzebała i wyciągnęła z niej paczkę papierosów oraz zapalniczkę.
- Można palić?
- Średnio, ale skoro musisz, to
otwórz okno i wydmuchuj dym przez nie.
Po chwili
Szewczyk stała oparta o parapet, zaciągając się lekko, cienkim papierosem.
Mimo, że dym wylatywał bezpośrednio za okno, Mazur i tak wyczuł gorzką woń
tytoniu zmieszaną z miętą.
- Dobrze by było, gdybyś mnie
informował o takich rzeczach powiedziała już łagodniej.
- Być może, ale po pierwsze to ja
prowadzę śledztwo, a po drugie, chciała się spotkać natychmiast.
- O której to było?
- Około jedenastej, więc chyba
dobrze, że nie zawracałem ci głowy, tego wieczoru, który jak widać i tak miałaś
mocno zajęty.
Kobieta lekko
zmieszana zasłoniła ręką znamię na szyi. Chciała coś odpowiedzieć, ale Mazur
jej nie pozwolił.
- Niemniej, sprawa jest ciekawsza
niż się z początku wydawała.
- Dlaczego tak uważasz?
Mazur
opowiedział cały przebieg rozmowy z żoną ofiary. O tym jak kobieta chciała
zakończyć romans, o kłótni Świebodzińskiej z Robertem oraz o tym, że tylko jej
mąż informował ją o tym, o której godzinie wraca do domu.
- Wszystko pięknie, ale nie widzę za
bardzo związku – odparła Dorota, gdy tylko Mazur skończył opowiadać – kobieta
była jedyną osobą, która wiedziała, kiedy wraca jej mąż. Co z tego?
- To jest właśnie najlepsze.
Pozwól, że zadam ci pytanie.
- Skoro musisz – kobieta wywróciła
zrezygnowana oczami i zgasiła papierosa o mały słoiczek, który wcześniej podał
jej mężczyzna.
- Hipotetycznie, gdybyś była
zabójcą i chciała kogoś zgładzić, to kiedy byś się zaczaiła na ofiarę.
- Mazur proszę cię…
- Odpowiedz.
- Pewnie bym się dowiedziała, o
której kończy pracę i wtedy bym czekała na ofiarę. Na pewno nie tkwiłabym tyle
czasu na dworze.
- Właśnie! A Wiesz kiedy na kamerze
zjawią się nasz zabójca? Mówimy oczywiście o miejscu przestępstwa.
Szewczyk przez
chwilę się zastanawiała. Widać było, że pytanie Mazura, którego oczywistość
była wręcz śmieszna, dało jej do myślenia.
- Nieco ponad dwadzieścia minut –
odparł mężczyzna, widząc że Dorota zaczyna rozumieć do czego on zmierza -
zabójca zamiast tkwić bezmyślnie na dworze od godziny powiedzmy szesnastej,
kiedy to większość ludzi wychodzi z pracy, zjawia się niecałe pół godziny przed
przyjazdem ofiary. Jednocześnie jest to na tyle wcześnie, że ma czas odbyć
rozmowę telefoniczną i żeby wyłapać moment, kiedy będzie mógł się bezpiecznie
wślizgnąć na osiedle, ale jednocześnie na tyle późno, żeby nie zamienić się tam
w słup soli.
- To ma sens, ale co jeśli
przyjechał autem i po prostu wysiadł te pół godziny wcześniej?
- Gdyby tak było, to zaręczam ci,
że wspomnianą rozmowę telefoniczną odbyłby właśnie w samochodzie. Poza tym w okolicy
nie bardzo jest gdzie zaparkować tak, żeby kamery nie uchwyciły tablic
rejestracyjnych. Przy wjeździe na osiedle znajduje się LIDL i stacje benzynowa.
Po drugiej stronie ulicy kolejny market. Mógł zaryzykować i zaparkować samochód
na sąsiednim osiedlu przez siatkę, jednak ktoś, kto to zaplanował, był na tyle
przewidujący i ostrożny, że wpadł na oczywistą myśl iż bezdomny wysiadający z
samochodu, może wzbudzić podejrzenia. Był już jeden taki bezdomny co rozdawał
auta, ale niestety zmarł.
- Ktoś, kto zaplanował – powtórzyła
cicho kobieta – jak rozumiem, mówiąc ktoś, nie masz na myśli zabójcy?
- Są dwa wyjścia. Zabójca albo
działał sam albo ktoś mu pomagał. Na chwilę obecną skłaniam się, ku temu, że
zabójcą jest nasz Robert. Jednakże, jeśli żona ofiary mówiła prawdę, to jej
kochanek nie mógł znać nawet przybliżonej pory powrotu Marcina do domu. Mimo to
zjawił się na miejscu w odpowiednim czasie. Skąd zatem miał te informacje?
- Sugerujesz, że ktoś z firmy
ofiary, maczał w tym palce? To brzmi nieprawdopodobnie – kobieta nieznacznie
się ożywiła i zaczęła przechadzać po pokoju.
Mazur przez cały ten czas, gdy
dzielił się z panią psycholog swoimi spostrzeżeniami, siedział na podłodze.
- Nie mam powodów, aby nie wykluczać
udziału kogoś z tej firmy w zabójstwie. To, że prawdopodobieństwo jakiegoś
zdarzenia jest bliskie zeru, nie oznacza wcale, że nie może ono zajść.
- No dobrze, rozumiem, ale jaki
mieli by mieć motyw? Cholera! Zagmatwałeś to, jak tylko mogłeś!
- Nie wiem, muszę się przejść do
tej firmy i porozmawiać z każdym, kto znał godziny pracy Świebodzińskiego. W
tym jego szefa.
- To czyste szaleństwo!
Dorota
zatrzymała się na środku pokoju i wbiła wzrok w mężczyznę. Zwykle zdecydowana i
pewna siebie, tym razem miała poważne wątpliwości. Wahała się czy przychylić
się ku teorii Mazura, która miała swoje „za”, czy całkowicie storpedować ten
dywagacje, uznając je za całkowicie nierealne.
- Powiem ci w ten sposób, jeśli się
jeszcze wahasz. Rozmowa z ludźmi z jego pracy i tak musi się odbyć, ale w
związku z tym co ci powiedziałem, jestem jeszcze bardziej zdeterminowany, żeby
to zrobić.
- Rób, jak uważasz, ale nie bardzo
rozumiem, co miałeś na myśli mówiąc, że się waham.
- Pomyślałem, że chcesz mi pomóc w
śledztwie.
- Słucham?
- Jeżeli zabójcą jest Robert, a
pomagał mu ktoś z firmy ofiary, cały czas hipotetycznie, to chciałbym, aby
przesłuchania tych wszystkich ludzi, odbyły się jednocześnie.
- Rozumiem o co ci chodzi, ale nie
uważasz, że wybiegasz trochę naprzód? Co jeśli się mylisz? Póki co działasz na
podstawie swoich własnych podejrzeń, czy nawet przypuszczeń.
- Wiem, ale muszę się czegoś zaczepić.
Czas działa na naszą niekorzyść. Dzisiaj jeszcze porozmawiam ze starym. Pytanie
tylko czy się zgodzisz.
Kobieta przez chwilę się
zastanawiała co odpowiedzieć. Nie ukrywała przed samą sobą, że prośba Mazura
mocno ją zaskoczyła.
- W porządku. Niech ci będzie. Ale
nie myśl sobie, że będę twoim pomagierem czy dziewczynką na posyłki.
Mężczyzna
uśmiechnął się lekko. Przez chwilę jeszcze omówili szczegóły. Szewczyk miała
przesłuchać Roberta, Mazur z kolej miał się udać na komisariat, a potem prosto
do firmy gdzie pracowała ofiara.
*
Komendant
przez dłuższą chwilę zastanawiał się, czy siedzący przed nim człowiek to ten
sam Mazur, który zawsze reagował z dezaprobatą na wieść o tym, że musi z kimś
współpracować. Spodziewał się wielu rzeczy, ale nie tego, że ów wspomniany
policjant poprosi o przydzielenie partnera do prowadzonej przez niego sprawy.
Nie chcąc, aby Mazur się rozmyślił, zgodził się niemal natychmiast. Wyraził
także zainteresowanie teorią Zbyszka, jednak podszedł do niej jeszcze bardziej sceptycznie
niż Szewczyk. Fakt, że wywód mężczyzny wydawał się logiczny, to teoria była
dość fantastyczna i gdyby nie fakt, że do obowiązków policji należy dokładne
zbadanie środowiska, w którym obracała się ofiara, nie zgodziłby się na wizytę
Mazura w firmie Statistic Soft Corporation.
Po
niespełna pół godziny Mazur dojeżdżał na miejsce. Minęła godzina jedenasta,
dlatego ruch na łódzkich ulicach był o wiele bardziej znośny niż o poranku.
Jednak w piątki najgorzej jest, gdy znakomita większość osób siedzących w
pracy, odlicza godziny w oczekiwaniu na szesnastą, aby tłumnie wylec na ulice w
nadziei na rychłe dotarcie do domu i rozpoczęcie weekendu. Plany te jednak
zazwyczaj biorą w łeb, przez co początek weekendu już nie jest taki idealny,
jak planowano.
Biuro
firmy, gdzie pracował Świebodziński, znajdowało się w jednym z biurowców przy
ulicy Piłsudskiego, miedzy ulicą Piotrkowską i Sienkiewicza. O dziwo na
przylegającym parkingu, było kilka wolnych miejsce toteż spokojnie zaparkował i
udał się pod wskazany adres.
W
obszernym holu, wykładanym marmurem przywitała go młoda, ciemnowłosa kobieta,
do której obowiązków właśnie należało witanie każdego, kto przekroczy próg tego
przybytku i udzielania stosownych informacji.
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? –
kobieta była bardzo sympatyczna i nie wymuszony uśmiech sprawiał, że człowiek
nie traktował jej z dystansem. Dodatkowo uroda także robiła swoje, dzięki czemu
każdy kto tu przyszedł, chętnie dzielił się swoimi planami, co do tego miejsca.
- Dzień dobry, szukam pana Tomasza
Gawrona z firmy Statistic Soft Corporation.
- Oczywiście, tylko proszę
powiedzieć z kim mam przyjemność?
- Starszy Sierżant Zbigniew Mazur
Centralne Biuro Śledcze.
Na widok
policyjnej odznaki twarz kobiety spoważniała, a uśmiech szybko zniknął. Mazur
ukradkiem zerknął na plakietkę, którą miała przyczepioną do klapy marynarki
Service Information
Sandra Jóźwik
- Czy… czy coś się stało?
- Proszę się nie martwić pani
Sandro, to rutynowa wizyta. Czytuje pani gazety?
- Ostatnio nie, bardziej portale
informacyjne, ale o to tylko przelotnie w tramwaju… proszę wybaczyć, ale dużo
pracuję i…
- Niech się pani nie boi, nie
przesłuchuję pani – odparł spokojnie Mazur, widząc że dziewczyna jest spięta – zwykła
rzecz, jeden z pracowników firmy Statistic został zamordowany. Chciałem
porozmawiać z kimś z jego pracy. To rutynowe działanie w takich sprawach.
Dziewczyna
pokiwała głową na znak, że rozumie, ale szok jaki malował się na jej twarzy z
pewnością będzie ją zdobił da końca dnia. Przez myśl Mazura przebiegła myśl, że
na wizyty jego, czy jego kolegów po fachu ludzie reagują tak samo, jak w
średniowieczu reagowano na wizytę inkwizytorów.
- Proszę mi dać chwilkę, zaraz
zadzwonię po pana Tomasza Gawrona.
- Dziękuję.
Dwoma szybkimi
krokami kobieta podeszła do masywnego biurka, które stało po prawej strony od
wejścia. Za nim ciągnął się korytarz, na końcu którego ścianę zdobiły dwie pary
metalowych drzwi od wind, okraszonych przedziwnymi wzorami. Mazur przebiegł szybko wzrokiem po holu,
który przybierał chyba wszystkie odcienie szarości. Podłoga wykładana
ciemno-szarym marmurem oraz ściany wykładane tym samym budulcem tyle, że
jasno-szarym. Całość wystroju sprawiała, że dłuższe przebywanie w takim miejscu
groziło depresją. Na wprost wejścia, na ścianie wisiała duża tablica z
hartowanego szkła, na której wymalowane były nazwy poszczególnych firm oraz
numer piętra, na których wynajmowały pomieszczenia biurowe. Siedziba Statistic
znajdowała się na ósmym piętrze. Wyżej były już tylko trzy wiodące banki, po
jednym na każde piętro.
- Panie sierżancie – dziewczyna
znów podeszła do Mazura - Pan Tomasz Gawron zaraz zejdzie. Może zechcą pan
usiąść?
- Dziękuję, nie trzeba.
- Dobrze… czy mogę jeszcze w czymś
pomóc?
- Proszę się nie kłopotać – odparł
Mazur z lekkim uśmiechem.
Po kilku
minutach zza biurka kobiety wyłonił się mężczyzna, który podszedł do
policjanta.
- Pan Zbigniew Mazur? Witam
serdecznie, Tomasz Gawron.
Mężczyźni
uścisnęli sobie dłonie. Zbyszek przyjrzał się mężczyźnie, który przewyższał go
wzrostem o dobre pół głowy. Bujne ciemne włosy ułożone przy pomocy dużej ilości
żelu na bok, symbol dzisiejszego pracownika biurowego wyższego szczebla. Ruchy
pewne i energiczne. Ubrany w markowe dżinsy, koszulę, marynarkę oraz lakierki
idealnie wpisywał się w obrazek człowieka firmy, człowieka sukcesu, którego tak
chętnie pokazywano na plakatach firmowych okraszonych sloganami rodem z PRL-u
„szybciej”, „więcej”, „lepiej” z tą różnicą, że tutaj zamiast rodzimą
Polszczyzną posługiwano się językiem Jankesów. Uścisk dłoni mężczyzny był
pewny, ale niezbyt mocny, co niezbyt pasowało masywnej budowy ciała.
- Starszy Sierżant Zbigniew Mazur.
- Mam nadzieję, że nie czekał pan
długo. Przepraszam, ale mamy ostatnio sporo pracy, a teraz to, co spotkało
Marcina…
- Rozumiem. Nie ma o czym mówić. Ja
właśnie w związku ze śmiercią Marcina Świebodzińskiego. To rutynowa rozmowa.
Czy nie pogniewa się pan jeśli poproszę, abyśmy udali się gdzieś, gdzie
będziemy mogli porozmawiać w cztery oczy?
- Tak, jasne. Nie ma problemu.
Sandra!
Mężczyzna
zwrócił się do dziewczyny, które teraz siedziała za biurkiem.
- Daj jednego badga dla
wizytatorów.
- Już daję.
„Badga? To już słowo plakietka
wyszło z mody?” – pomyślał mężczyzna.
Dziewczyna
pogrzebała chwilę w szufladzie i po chwili wyjęła z niej plastikową plakietkę z
przyczepionym do nie sznurkiem, którą następnie podała Gawronowi. Przypominała
tą, którą mężczyzna nosił na szyi, tyle że zamiast zdjęcia i numeru
identyfikacyjnego, miała napis „Visitor”.
- Proszę, z tym może się pan
poruszać po naszym piętrze.
Następnie obaj
mężczyźni udali się do windy, po czym wsiedli do jednej z nich. Wbrew pozorom
puszka elewatora – bo z tym Mazurowi skojarzyło się surowe, metalowe wnętrze
windy - była niewielkich rozmiarów. Według tabliczki informacyjnej mogło nią
podróżować dziesięć osób, jednak Zbyszek zastanawiał się czy upchnięcie chociażby
ośmiu ludzi nie stanowiłby poważnego problemu.
W końcu
dojechali na ósme piętro, gdzie na wprost wyjścia znajdowały się duże
przeszklone drzwi. Gawron podszedł do nich i przytknął swoją plakietkę do
czujnika, który wstawał ze ściany po prawej stronie. Rozległo się ciche
piknięcie, mężczyzna pociągnął mocno drzwi i obaj weszli do środka. Korytarz w
którym się znaleźli był szeroki na dwa metry, wyłożony granatową wykładziną, ze
ścianami umalowanymi na zielono. Idąc wzdłuż pomieszczenia po lewej stronie
mijali stanowiska z komputerami, a po prawej niewielkie pokoje, prawdopodobnie
biura, w których przebywali pracownicy. Zatrzymali się przy pomieszczeniu, do
którego drzwi były lekko uchylone i w którym panowała ciemność. Gawron szedł
pierwszy, poszukał ręką włącznika i po chwili struga jarzeniowego światła
rozeszła się po niewielkim pomieszczeniu.
- To nasz niewielki meeting room.
Wygodny i cichy, właśnie do spotkań czy do przeprowadzenia rozmowy
telefonicznej. Zapraszam.
Faktycznie na
środku pomieszczenia znajdował się niewielki stolik, przy którym po obu
stronach stało krzesło. Dodatkowo na wyposażenie pokoju składał się telefon
stacjonarny oraz dystrybutor z wodą. Mazur poznał po naklejce, że firma ta
zaopatruje się w wodę u tego samego dostawcy co ich komisariat.
- Coś do picia?
- Nie dziękuję. Mam tylko kilka
pytań – odparł Mazur i usadowił się na jednym z krzeseł. Jego rozmówca zajął
miejsce po przeciwnej stronie stolika i oparłszy się mocno na krześle, założył
jedną nogę na drugą i splótł ręce. Nie trzeba było biegłego psychologa, że czuł
się bardzo pewnie w tym co robi, a słowa wypowiadał ze spokojem.
- Zna pan cel mojej wizyty, dlatego
przejdę do rzeczy. Czy Marcin Świebodziński długo o was pracował?
- Marcin… Niech no pomyślę… jakieś pięć
lat, jak nie dłużej. Pracował tutaj jeszcze zanim ja przyszedłem. Dorobił się
statusu złotego pracownika.
- To znaczy?
- Każdy, kto w firmie pracuje pięć lat
i dłużej, otrzymuje status złotego pracownika, taki ukłon w stronę
najwierniejszych.
- Wiążą się z tym jakieś profity?
- Przeróżne. Pomijając takie
trywialne, jak miejsca parkingowe, benefity w postaci biletów na różne imprezy
kulturalne, spektakle teatralne, koncerty, dochodzą jeszcze te poważniejsze w
postaci czysto materialnych korzyści. Jednak proszę mnie nie pytać jakie
przysługiwały Marcinowi, bo to już ustala „góra”. – mówiąc to mężczyzna palec
wskazujący skierował do sufitu. Ja tylko wystawiam opinię.
- Rozumiem. Jaka ona była, jeśli to
nie tajemnica?
- Jak najbardziej pozytywna. Nigdy
nie schodził poniżej pewnego poziomu, a często mogłem na niego liczyć ja, czy
pozostali ludzie z teamu.
- A jakie relacje łączyły panów?
- To znaczy?
- Zacznijmy od zawodowych. Jak wam
się współpracowało, czy dochodziło między wami do konfliktów?
- Marcin i konflikt? – Gawron lekko
się zaśmiał, ale szybko spoważniał – przepraszam, nie powinienem się śmiać.
Ciągle jeszcze do mnie nie dociera to, że Marcina już nie ma z nami. Co mogę
powiedzieć. Jest on…przepraszam…był jedną z ostatnich osób, z którą można było
wejść w jakikolwiek konflikt. Tak ugodowego człowieka to ja chyba nigdy nie
spotkałem. Czasami mi go było nawet szkoda.
- Dlaczego? Czy jego ugodowy, jak
pan to określił charakter przeszkadzał mu jakoś?
- Nie, nie o to chodzi. Widzi pan.
To jest korporacja. Tutaj życie toczy się inaczej, szybciej niż na zewnątrz.
Trzeba szybko reagować, podejmować decyzje oraz umieć do tych decyzji przekonać
innych, czasem nawet rozpychać łokciami. – Każdej wypowiedzi mężczyzny
towarzyszyła dynamiczna gestykulacja, jakby chciał dodatkowo przedstawić to, o
czym właśnie mówił. - Marcinowi przy wszystkich jego zaletach, brakowało
właśnie tej stanowczości. Gdyby miał w sobie choć trochę, takiej… zaciętości…
ikry… mógłby naprawdę wiele osiągnąć.
Mazur w jednej
chwili przypomniał sobie rozmowę z żoną Świebodzińskiego, która dokładnie w
taki sam sposób opisała swojego męża.
- A czy ta ugodowość nie sprawiała,
że był wykorzystywany przez innych? Rozumie pan? Jest gość, który się nie
postawi, to zwalimy na niego robotę.
- Absolutnie! – Mężczyzna
zaprzeczył energicznym ruchem głowy.
- Czyli można powiedzieć, że Marcin
Świebodziński nie był z nikim skłócony.
- Naprawdę, trudno mi to sobie
wyobrazić.
- Dobrze, zostawmy to. Podobno w
ostatnim czasie, pan Marcin brał nadgodziny.
- Tak. Jesteśmy w trakcie
realizacji programy do liczenia głosów, na zbliżające się wybory…
- Znam sprawę, cieszycie się sporym
uznaniem – Mazur nieznacznie się uśmiechnął.
- Ooo… no proszę, miło to słyszeć –
Mężczyzna sprawiał wrażenie dziecka, które pęka z dumy po tym, gdy jako jedyne
dostało pozytywną ocenę z klasówki – tym bardziej, że jestem pomysłodawcą i
koordynatorem tego projektu.
- To znaczy, że pan wpadł na pomysł,
aby zgłosić firmę do udziału w przetargu?
- Dokładnie!
- Śmiałe posunięcie.
- Nie robiłbym tego, gdybyśmy nie
miał pewności, że uda nam się pociągnąć ten projekt.
Mężczyzna
ożywiał się coraz bardziej. Mazur w jednej chwili dostrzegł, że ten projekt
jest oczkiem w głowie jego rozmówcy.
- Chętnie wysłucham.
- Dobrze… chociaż nie mogę zdradzać
za wiele.
- Proszę pamiętać, że jestem
funkcjonariuszem na służbie, obowiązuje mnie tajemnica służbowa. Zdradzając
szczegóły ryzykuję nie tylko karierą.
- Dobrze więc!
Usta Gawrona
wykrzywiły się w szczerym uśmiechu. Mężczyzna pochylił się do przodu, oparł
łokcie o blat stołu i zaczął mówić, gestykulując przy tym dłońmi.
- Tworzenie programu wyborczego, z
takimi właściwościami, z tak ogromną bazą danych, działającą w tylu okręgach,
jest ogromnie trudnym przedsięwzięciem. Dodatkowo trzeba pod niego stworzyć
oprogramowanie dla skanerów, a dokładnie komputerów, pod które będą one
podpięte. Tak naprawdę tworzymy dwa oddzielne programy. Jeden, który skanuje
każdą pojedynczą kartę do głosowania. Odczytuje zawarte na niej dane, jak okręg
wyborczy czy oddany głos. Już tutaj zaczynają się schody, bo trzeba uwzględnić
wiele czynników. Załóżmy, że przy danym kandydacie, czy danej partii należy
skreślić krzyżyk w kwadracie. Ale wyborca zamiast krzyżyka wstawi kropkę lub
kółko, albo postawi krzyżyk, nie ukośny tylko pionowy. Oczywiście Komisja
Wyborcza decyduje czy taki głos jest ważny czy nie i przesyła nam odpowiednie
informacje na podstawie, których my tworzymy odpowiednie warunki do naszego
programu. Program sczytuje i kwalifikuje głos: ważny, nieważny. Jeśli nieważny
sprawa jest prosta, ale dla pierwszego przypadku trzeba wprowadzać kolejne
procedury. Program musi określić, na kogo został oddany głos. W tym celu,
dzieli sobie kartkę na kilka pól, coś jak w grze w okręty i następnie porównuje
głos z matrycą karty wyborczej, która jest wcześniej wprowadzona do systemu.
Następnie informacja o tym, które pole jest zakreślone, jest wysyłana do
drugiego programu, który znów korzystając z odpowiednich warunków, zapisuje
wynik w naszej lokalnej bazie danych. Następnie wyniki z każdej z tych baz są
wysyłane do globalnej i po otrzymaniu informacji o frekwencji wyborczej z poszczególnych
okręgów, tworzymy gotowy raport wyników wyborczych.
- Rozumiem. Wniosek z tego, że
mamy, a właściwie pan ma do czynienia z ogromnym przedsięwzięciem. Skąd zatem
pewność, że pańskiej firmie się uda? Nie ujmuje waszych osiągnięć na rynku,
jednak ilość danych przetwarzanych przez ten program, ma być ogromna.
- Zgadza się, to jest ogromny
projekt i powiem szczerze… - mężczyzna ściszył głos – gdybyśmy zaczynali od
zera, to wątpię czy dalibyśmy radę wyrobić się w terminie.
- Jednak się wyrobicie. Z tego co
czytałem, za miesiąc wchodzicie już w fazę testów.
- Zgadza się.
Gawron znów wygiął się w tyłu, aż
oparcie krzesła lekko zaskrzypiało.
- Widzi pan, w informatyce rzadko
kiedy tworzy się od zera. Weźmy takiego Androida dla przykładu. Czy sądzi pan,
że programiści z Google usiedli do komputerów i zaczęli klepać wszystko od
początku, tworząc system operacyjny, który ma pan zapewne w swoim telefonie.
- Nie sądzę. Android powstał na
bazie Linuxa, a dokładnie jego jądra.
- Dokładnie! Podobnie my działamy
na rzeczach już sprawdzonych, choć unowocześniamy je, aby sprostały wymogom
rzeczywistości. Tworzyliśmy kiedyś programy do sprawdzania testów dla jednej z
łódzkich uczelni. Z tego samego programu zaczęły także korzystać uczelnie
warszawska, wrocławska czy poznańska. Proszę mi uwierzyć, program powstały na
bazie tych, które uczelnie różnych miast wprowadziły u siebie, nadaje się
idealnie do sczytywania wyników z kart wyborczych. Wygrywaliśmy wyścig, zanim
go zaczęliśmy. Właściwie w momencie ogłaszania wyników przetargu, byliśmy tylko
kilkaset linijek kodu od gotowej wersji, co przy wielu tysiącach linijek kodu,
które składają się na cały program, jest niczym. Tak naprawdę główne siły
rzuciliśmy na tworzenie bazy danych i systemu zliczającego, który by ją
zapełniał.
- Czyli wystarczyło przekonać
zarząd, że warto wystartować do przetargu.
- Nie było to trudne, zwłaszcza że
nie tylko ja wpadłem na ten pomysł.
- Ale to pan otrzymał stanowisko
koordynatora projektu.
- Bo to ja zgłosiłem ten pomysł
jako pierwszy.
- Zakładam, że pomimo śmierci
Marcina Świebodzińskiego, prace nad programem cały czas trwają?
- Wiadomo, że to co się stało,
wstrząsnęło nami wszystkimi. Niemniej podjęliśmy się zobowiązania, które musimy
jak najlepiej wykonać. W najbliższy piątek odbędzie się pogrzeb Marcina. Firma
pokryła wszystkie koszty związane z pochówkiem oraz wysyłamy delegację
team-leaderów i managerów. Chociaż tyle możemy zrobić.
- Rozumiem. Skoro już mowa o panu
Marcinie, proszę mi powiedzieć, jaka była jego rola w tym projekcie? Z tego co
wiem, nie był programistą, a księgowym.
- Zgadza się. Uruchomienie takiego
projektu oraz wdrażanie kolejnych jego elementów w życie, wiąże się z licznymi
wydatkami. Znalezienie środków na wypłaty dla członków zespołu, księgowanie
wydatków na sprzęt, na zakup skanerów. Wchodzi w to także obsługa pieniędzy,
które otrzymaliśmy od Państwa, na poczet projektu. Chcieliśmy, aby wszystko
było księgowane na bieżąco, po to aby nie dokonywać zamknięcia miesiąca na
ostatnią chwilę. Dlatego też niejednokrotnie prosiłem Marcina, aby zostawał na
nadgodzinach i dokonywał rozliczeń. Nie ukrywam, że z całego działu księgowości
miał on największą wiedzę.
- Czy pan Marcin sam zostawał po
godzinach?
- Nie. Zawsze ja mu towarzyszyłem.
Decyzje o tym, że trzeba zostać, podejmowaliśmy jeszcze tego samego dnia, więc
do każdej tego typu akcji wchodziliśmy praktycznie z marszu. Ja przedstawiałem
poszczególne wydatki, paragony, faktury, a on zapisywał odpowiednie rubryki
danymi. Czasem zostawał z nami jeszcze jeden księgowy Wojtek Nowak, ale tylko
wtedy, gdy musieliśmy wcześniej skończyć.
- A tego wieczoru, gdy zginął
Świebodziński?
- Byłem tylko ja i Marcin. Wojtek
ostatni tydzień przebywa na zwolnieniu.
- Kto pierwszy wyszedł?
- Czy to ma znaczenie?
- To rutynowe pytanie.
- Marcin wyszedł pierwszy jakoś po
dziewiątej. Ja wyszedłem ponad godzinę później jak nie lepiej.
- Rozumiem. To wszystko na dziś,
nie będę już pana więcej zatrzymywał.
Mazur sięgnął do wewnętrznej
kieszeni kurtki i wyjął z niej kartkę, którą następnie podał Gawronowi.
- To mój numer telefonu, gdyby coś
się panu przypomniało, proszę zadzwonić. Nawet najdrobniejszy szczegół może
mieć znaczenie.
- Dobrze, dziękuję.
Mężczyzna wziął kartkę i bez
oglądania jej, schował do kieszeni marynarki.
- Mam nadzieję, że znajdziecie tego
bandytę – dodał, wstając.
- Posłużę się frazesem i powiem, że
robimy wszystko co w naszej mocy.
- Życzę powodzenia, odprowadzę
pana.
- Nie trzeba, trafię do wyjścia.
- Chociaż do wyjścia, taki mam
obowiązek.
Mazur nie
protestował. Gdy stał już sam na korytarzu, przez chwilę przyglądał się
czytnikowi kart, które odblokowywały drzwi. Pamiętał, że jego znajomi pracowali
w podobnym miejscu, gdzie były stosowane identyczne urządzenia. Działały one w
ten sposób, że w momencie gdy odpowiednia karta została przyłożona do czytnika,
do systemu była wysyłana informacja o tym kto i o której godzinie, chce się
dostać do danego pomieszczenia. Każda karta miała swój wewnętrzny unikalny kod,
przypisany danemu pracownikowi. Dzięki temu systemowi kontroli, można było
zweryfikować, kto ile czasu spędził w biurze, kto często wychodził na papierosa
z dokładnością co do sekundy.
Policjant
podszedł do metalowych drzwi i nadusił przycisk wzywający windę. Mimo szczelnej
konstrukcji szybu windowego, słychać było cichą pracę dźwigu, który wciągał
metalową skrzynię na górę. Po chwili drzwi otworzyły się i z windy wyszły
cztery osoby, które zdawało się, nie dostrzegły policjanta. Przeszli obok niego
rozmawiając o czymś wesoło, czego Mazur nie miał ochoty analizować. Wszedł do
środka i bez zastanowienia nacisnął guzik z cyfrą „1”. Z informacji, które
widniały na tablicy na pierwszym piętrze znajdowała się siedziba administracji
budynku. Jeśli system obsługi wejść na poszczególne piętra jest jeden i ten sam
dla całego budynku, to jego centrum sterowania powinno się znajdować właśnie w
tej części budynku.
Mężczyzna po
niecałej minucie stał przed drzwiami obok których, na ścianie widniała
tabliczka informacyjna z napisem „Administracja”. Tuż pod nią znajdował się
czytnik kart, który wyłączał blokadę zamka do drzwi. Jedyne czego Mazurowi
brakowało to dzwonka. Rozpaczając pod nosem, nad brakiem owego urządzenia,
które w tym budynku należało chyba do reliktów przeszłości, Mazur zapukał
energicznie w drzwi. Rozległ się głuchy odgłos metalu. Zbyszek czekał przez
dłuższą chwilę, ale nikt nie kwapił się aby otworzyć. Zapukał drugi raz i także
bez efektu. Za trzecim razem postanowił posłużyć się całą pięścią, którą kilka
razy uderzył w drzwi. Siła przed prawem, jak czasem powtarzał, bo tym razem
ktoś z wewnątrz postanowił w końcu się pofatygować i otworzyć. Tym, który miał
szczęście trafić na Mazura, był młody mężczyzna średniego wzrostu, do bólu
przypominający stereotypowego informatyka w okularach. Nim pracownik
administracji zdążył cokolwiek powiedzieć, Mazur wyciągnął odznakę.
- Starszy Sierżant Zbigniew Mazur
Centralne Biuro Śledcze…
- O boże…
- Słucham? – Mazur był tak
zaskoczony reakcją mężczyzny, który sprawiał wrażenie przerażonego, że
zapomniał dokończyć zdanie – czy coś się stało?
- Nie… to znaczy… pan do mnie?
- W zasadzie… tak.
- Chodzi o te torrenty?
- Torrenty? O czym pan mówi?
- No… aaa… zaraz… to pan nie w tej
sprawie?
Przerażenie,
które jeszcze przed chwilą zdobiło twarz mężczyzny, powoli ustępowało
zaciekawieniu.
- Nie wiem, o co chodzi z tymi
torrenatami, ale chętnie się dowiem.
- Nie! Naprawdę nie potrzeba to nic
ważnego…
- Ja decyduję o tym co jest ważne,
a co nie. Czy to jasne?
- Tak panie władzo.
- Dobrze więc. Jak się nazywasz.
- Maciej Nowak.
- Możemy porozmawiać na osobności?
Potrzebuję kilku informacji.
- Dobrze. możemy nawet tutaj
pogadać, powiem najwyżej, że znajomy wpadł.
Mazur w tym
momencie poczuł ulgę, że nie ma obowiązku paradowania w mundurze. Policyjny
uniform często sprawia, że ludzie nawet nieświadomie bardziej traktują tak
ubraną osobę z rezerwą, co na pewno nie pomaga w śledztwie. W tym wypadku brak
munduru również pomagał, bo jaki człowiek odwiedza swoich znajomych w takim
stroju?
Maciek dał krok naprzód i zamknął
za sobą drzwi.
- Jak mogę panu pomóc?
- Czy tutaj także wszyscy posługują
się tymi plakietkami? – Zadając to pytanie, Mazur wskazał ruchem głowy na
badga, który był zawieszony na szyi mężczyzny.
- Tak, to elektroniczny klucz
dostępu. Ma go każdy, kto pracuje w tym
budynku.
- Jak rozumiem, każdy z nich ma
ograniczony dostęp, na przykład tylko na swoje piętro i tylko nieliczni
wybrańcy mogą się cieszyć nieskrępowaną wolnością, poruszania po całym budynku?
Mnie jednak interesuje inna rzecz. Czy dobrze rozumuję, że to u was znajduje
się centrum zarządzania tym systemem?
- Jeżeli pyta pan o suport, to jest
to firma z Warszawy…
- Nie, nie o suport mi chodzi,
tylko…
- Już kumam, rejestr wejść i wyjść,
blokady i tym podobne?
- Dokładnie.
- Tak to nasza działka.
- A czy jesteście w stanie
sprawdzić taki rejestr z danego dnia dla konkretnego pracownika?
- Tak. Chwilę to zajmie, bo baza
danych jest dość spora, ale da radę.
- Chciałbym cię teraz prosić, abyś
zrobił coś takiego dla mnie.
- Jak to… teraz?
- Tak teraz. Chyba, że chcesz żebym
wrócił z nakazem no i zajął się twoimi torrentami.
Mężczyzna przełknął głośno ślinę i
cofnął.
- Chciałem tylko pobrać Grę o Tron
dla mojej matki, bo mnie prosiła.
- Zapomnę o tym, jeśli zrobisz to,
o co cię proszę. Prowadzę śledztwo w sprawie zabójstwa i informacje, które mi
dostarczysz, mogą mi bardzo pomóc.
Maciek otworzył
szerzej oczy. Zdumienie, które go w tym momencie ogarnęło sprawiło, że na
moment zapomniał gdzie się znajduje.
- Więc jak będzie? Pomożesz mi?
- Dobrze… pomogę, ale potrzebuję
znać numer pracownika.
- Czy to ten na plakietce?
- Tak.
- 322706, Tomasz Gawron. Potrzebuję
wykaz wejść i wyjść z 14 listopada, powiedzmy, że od godziny 15 do końca. Na
kiedy mogę się spodziewać rejestru?
- Do końca dnia postaram się to
załatwić.
- Dałbyś radę wysłać go na maila?
- Czemu nie, to nawet lepiej, bo
nie będę musiał tego drukować.
- Dzięki. Tu masz namiar na mnie –
mówiąc to Mazur wyjął z kieszeni kurtki wizytówkę i podał ją mężczyźnie – i
jeszcze jedno. Chciałbym, żeby ta rozmowa została między nami. Nie muszę chyba
uświadamiać cię, że chwalenie tym może poważnie zagrozić śledztwu, a tego
wolałbym uniknąć.
- Rozumiem – odparł Maciek –
ostrożnie przyjął wizytówkę od funkcjonariusza.
- Nie trzymam cię dłużej. Dziękuję
za pomoc i czekam na maila z rejestrem.
- Jeszcze dziś go wyślę.
Mężczyzna
schował wizytówkę do kieszeni koszuli i wrócił do swojego biura. Mazur
skierował się do wind. Zostawiwszy badga w recepcji, gdzie kobieta pożegnała go
przyjaznym uśmiechem, opuścił budynek. W tej chwili zamarzył o ciepłym
prysznicu i kilku godzinach snu w zagrzanej pościeli. Niezbity dowód na to, że
adrenalina przestaje działać, a umysłowi brakuje świeżości. Sięgnął jeszcze do
kieszeni po telefon komórkowy. Na wyświetlaczu widniał komunikat o trzech
nieodebranych połączeniach. Wszystkie były od Doroty Szewczyk. Specjalnie
wyciszył komórkę, żeby nikt nie przeszkadzał mu podczas przesłuchania Gawrona.
Widocznie Dorota szybko uwinęła się z kochankiem żony ofiary i chciała
podzielić się wrażeniami. Postanowił oddzwonić, choć robił to niechętnie.
- No, nareszcie! – przywitał go jak
zawsze przyjazny głos kobiety – myślałam, że nigdy nie skończysz z tym
Gawronem.
- Trochę zeszło, dowiedziałaś się
czegoś?
- No właśnie mi tak szybko poszło,
bo ma alibi.
- Co to za alibi?
- Pracował w klubie fitness Burn&Fit
od godziny trzeciej do jedenastej wieczór.
- Są świadkowie jak rozumiem.
- Tak, dokładnie. Dziewczyna z
recepcji i jego współpracownik. Oboje zeznali, że miał w tym czasie lekcje
squasha. Zadzwoniłabym wcześniej, ale ich ośrodek znajduje się w jakimś starym
pofabrycznym budynku. Mury są tak grube, że wytrzymałyby wybuch jądrowy i przez
to nie miała zasięgu.
- To gdzie oni grają w tego tenisa?
W jaskiniach?
- Magazyny znajdujące się pod
budynkami, są dość sporych rozmiarów i dobrze je zagospodarowano. Są tu korty
tenisowe, do squasha, do gry na ściance…
Nie czekał na
ciąg dalszy tego, co kobieta ma do powiedzenia, tylko się rozłączył. Czuł się zdezorientowany. Ich główny
podejrzany miał alibi, jeśliby się okazało, że szef ofiary także je będzie miał,
to zaczynają od zera.
- Wszyscy byli w pracy, cholera
jasna, cóż za pracowity naród!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz