sobota, 19 października 2019

ROZDZIAŁ IV


Po tonie głos, który pani psycholog wyrzuciła ze swoich płuc prosto do słuchawki telefonu, Mazur był w  stanie wywnioskować, że nie była zadowolona z faktu iż ten wydzwania do niej o piątej rano. Jednakże w tym momencie nie bardzo go to interesowało. Sam nie mógł spać tej nocy, dlatego też jeżeli liczyć ostatnią drzemkę, w ciągu ostatnich dwóch dób spał zaledwie sześć godzin. Właśnie rozpoczynała się trzecia doba jego pracy, jednak adrenalina, która gotowała się w jego żyłach, zmuszała umysł oraz ciało do intensywnego działania. W końcu po całej litanii niecenzuralnych słów, które Szewczyk wycharczała do słuchawki, kobieta zgodziła się na spotkanie z Mazurem a ponieważ nie miała ochoty gościć go u siebie, toteż postanowili, że przyjedzie do niego.
            Korzystając z wolnej chwili jaką miał do jej przyjazdu, postanowił wziąć szybki prysznic. Następnie, przypomniawszy sobie, że nic nie jadł od wczorajszego wyjścia z pracy, udał się do kuchni, gdzie wygrzebał z zamrażalnika mrożoną pizzę, którą wrzucił do piecyka. Ostatni kawałek połykał w biegu, bo właśnie zadzwonił domofon do jego drzwi. Zdziwił się, że Szewczyk tak szybko zajęło dojechanie do niego o tej porze, w końcu miała do przejechania całe miasto.
            Otworzył drzwi i omal nie został stratowany przez kobietę, która energicznym krokiem weszła do jego mieszkania. Gdy w końcu się zatrzymała, Mazur szybkim rzutem oka ocenił jej wygląd. Słaby, nie pasujący do niej makijaż, na szybko uczesane włosy, rozchełstany płaszcz, to wszystko świadczyło o tym, że bardzo się spieszyła.
- Mam nadzieję, że to ważne, bo jak nie to przyrzekam… - warknęła i zaczęła zdejmować swój ulubiony biały komin.
- Czy to malinka? – spytał Mazur, połykając ostatni kawałek pizzy.
- Spieprzaj!
- Wchodź, tylko zdejmij buty. Było sprzątane.
            Kobieta prychnęła, ale usłuchała gospodarza. Ściągnęła czarne kozaki, które postawiła na stojaku na buty. Palto zawiesiła na wieszaku przy drzwiach, tam też znalazła się jej torebka.
- Ty faktycznie tutaj sprzątałeś – zdumiona spojrzała na wiadro z wodą, które stało w przedpokoju i wystającym z niego mopem.
- O trzeciej nad ranem, zapomniałem wylać wody.
            Kobieta popatrzyła zdezorientowana. Mazur w tym czasie udał się do dużego pokoju, który w jego niewielkim mieszkaniu robił za salon. Znajdowała się tutaj kanapa, kredens, który podobnie jak mebel w mniejszym pokoju wypchany był książkami. Całości dopełniał niewielki stolik, na którym stał telewizor. Wszystkie te meble usytuowane były pod ścianą i tylko po środku stał niewielkich rozmiarów stół z czterema krzesłami, po jednym przy każdym boku.
- Jesteś normalny? Kiedy ostatnio spałeś?
- Później. Teraz siadaj. Chcesz coś do picia?
- Kawy! Zdecydowanie! – odparła kobieta, siadając jednocześnie na jednym z krzeseł.
            Mazur udał się do kuchni, skąd dochodziły odgłosy typowe dla czynności związanych z przygotowaniem gorących naparów.
- Byłem wczoraj u Świebodzińskiej – rozpoczął Zbyszek, będąc ciągle w kuchni?
- Słucham?! – na twarzy kobiety malowało się zdumienie.
- Dzwoniła wczoraj do mnie.
Mężczyzna wyszedł z kuchni w dwoma parującymi kubkami w rękach. Jeden z nich postawił na stole przed kobietą. Drugi, ku zdziwieniu kobiety, postawił na podłodze po czym sam usadowił się obok, opierając o ścianę. Szewczyk miała już zadać proste pytanie, czemu na przykład nie usiądzie, jak człowiek przy stole, ale zaniechała tego. Zamiast tego kontynuowała temat głównej rozmowy.
- Nie rozumiem, jak to dzwoniła? Dałeś jej swój numer?
- W książce by go nie znalazła.
- Cholera Mazur! Możesz być przez chwilę poważny? Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?
- A po co?
- Bo jestem odpowiedzialna za jej stan psychiczny? To tak w skrócie, jakbyś zapomniał!
Kobieta wstała i udała się do przedpokoju, skąd wróciła po chwili z torebką. Przez chwilę z niej grzebała i wyciągnęła z niej paczkę papierosów oraz zapalniczkę.
- Można palić?
- Średnio, ale skoro musisz, to otwórz okno i wydmuchuj dym przez nie.
Po chwili Szewczyk stała oparta o parapet, zaciągając się lekko, cienkim papierosem. Mimo, że dym wylatywał bezpośrednio za okno, Mazur i tak wyczuł gorzką woń tytoniu zmieszaną z miętą.
- Dobrze by było, gdybyś mnie informował o takich rzeczach powiedziała już łagodniej.
- Być może, ale po pierwsze to ja prowadzę śledztwo, a po drugie, chciała się spotkać natychmiast.
- O której to było?
- Około jedenastej, więc chyba dobrze, że nie zawracałem ci głowy, tego wieczoru, który jak widać i tak miałaś mocno zajęty.
Kobieta lekko zmieszana zasłoniła ręką znamię na szyi. Chciała coś odpowiedzieć, ale Mazur jej nie pozwolił.
- Niemniej, sprawa jest ciekawsza niż się z początku wydawała.
- Dlaczego tak uważasz?
Mazur opowiedział cały przebieg rozmowy z żoną ofiary. O tym jak kobieta chciała zakończyć romans, o kłótni Świebodzińskiej z Robertem oraz o tym, że tylko jej mąż informował ją o tym, o której godzinie wraca do domu.
- Wszystko pięknie, ale nie widzę za bardzo związku – odparła Dorota, gdy tylko Mazur skończył opowiadać – kobieta była jedyną osobą, która wiedziała, kiedy wraca jej mąż. Co z tego?
- To jest właśnie najlepsze. Pozwól, że zadam ci pytanie.
- Skoro musisz – kobieta wywróciła zrezygnowana oczami i zgasiła papierosa o mały słoiczek, który wcześniej podał jej mężczyzna.
- Hipotetycznie, gdybyś była zabójcą i chciała kogoś zgładzić, to kiedy byś się zaczaiła na ofiarę.
- Mazur proszę cię…
- Odpowiedz.
- Pewnie bym się dowiedziała, o której kończy pracę i wtedy bym czekała na ofiarę. Na pewno nie tkwiłabym tyle czasu na dworze.
- Właśnie! A Wiesz kiedy na kamerze zjawią się nasz zabójca? Mówimy oczywiście o miejscu przestępstwa.
Szewczyk przez chwilę się zastanawiała. Widać było, że pytanie Mazura, którego oczywistość była wręcz śmieszna, dało jej do myślenia.
- Nieco ponad dwadzieścia minut – odparł mężczyzna, widząc że Dorota zaczyna rozumieć do czego on zmierza - zabójca zamiast tkwić bezmyślnie na dworze od godziny powiedzmy szesnastej, kiedy to większość ludzi wychodzi z pracy, zjawia się niecałe pół godziny przed przyjazdem ofiary. Jednocześnie jest to na tyle wcześnie, że ma czas odbyć rozmowę telefoniczną i żeby wyłapać moment, kiedy będzie mógł się bezpiecznie wślizgnąć na osiedle, ale jednocześnie na tyle późno, żeby nie zamienić się tam w słup soli.
- To ma sens, ale co jeśli przyjechał autem i po prostu wysiadł te pół godziny wcześniej?
- Gdyby tak było, to zaręczam ci, że wspomnianą rozmowę telefoniczną odbyłby właśnie w samochodzie. Poza tym w okolicy nie bardzo jest gdzie zaparkować tak, żeby kamery nie uchwyciły tablic rejestracyjnych. Przy wjeździe na osiedle znajduje się LIDL i stacje benzynowa. Po drugiej stronie ulicy kolejny market. Mógł zaryzykować i zaparkować samochód na sąsiednim osiedlu przez siatkę, jednak ktoś, kto to zaplanował, był na tyle przewidujący i ostrożny, że wpadł na oczywistą myśl iż bezdomny wysiadający z samochodu, może wzbudzić podejrzenia. Był już jeden taki bezdomny co rozdawał auta, ale niestety zmarł.
- Ktoś, kto zaplanował – powtórzyła cicho kobieta – jak rozumiem, mówiąc ktoś, nie masz na myśli zabójcy?
- Są dwa wyjścia. Zabójca albo działał sam albo ktoś mu pomagał. Na chwilę obecną skłaniam się, ku temu, że zabójcą jest nasz Robert. Jednakże, jeśli żona ofiary mówiła prawdę, to jej kochanek nie mógł znać nawet przybliżonej pory powrotu Marcina do domu. Mimo to zjawił się na miejscu w odpowiednim czasie. Skąd zatem miał te informacje?
- Sugerujesz, że ktoś z firmy ofiary, maczał w tym palce? To brzmi nieprawdopodobnie – kobieta nieznacznie się ożywiła i zaczęła przechadzać po pokoju.
Mazur przez cały ten czas, gdy dzielił się z panią psycholog swoimi spostrzeżeniami, siedział na podłodze.
- Nie mam powodów, aby nie wykluczać udziału kogoś z tej firmy w zabójstwie. To, że prawdopodobieństwo jakiegoś zdarzenia jest bliskie zeru, nie oznacza wcale, że nie może ono zajść.
- No dobrze, rozumiem, ale jaki mieli by mieć motyw? Cholera! Zagmatwałeś to, jak tylko mogłeś!
- Nie wiem, muszę się przejść do tej firmy i porozmawiać z każdym, kto znał godziny pracy Świebodzińskiego. W tym jego szefa.
- To czyste szaleństwo!
Dorota zatrzymała się na środku pokoju i wbiła wzrok w mężczyznę. Zwykle zdecydowana i pewna siebie, tym razem miała poważne wątpliwości. Wahała się czy przychylić się ku teorii Mazura, która miała swoje „za”, czy całkowicie storpedować ten dywagacje, uznając je za całkowicie nierealne.
- Powiem ci w ten sposób, jeśli się jeszcze wahasz. Rozmowa z ludźmi z jego pracy i tak musi się odbyć, ale w związku z tym co ci powiedziałem, jestem jeszcze bardziej zdeterminowany, żeby to zrobić.
- Rób, jak uważasz, ale nie bardzo rozumiem, co miałeś na myśli mówiąc, że się waham.
- Pomyślałem, że chcesz mi pomóc w śledztwie.
- Słucham?
- Jeżeli zabójcą jest Robert, a pomagał mu ktoś z firmy ofiary, cały czas hipotetycznie, to chciałbym, aby przesłuchania tych wszystkich ludzi, odbyły się jednocześnie.
- Rozumiem o co ci chodzi, ale nie uważasz, że wybiegasz trochę naprzód? Co jeśli się mylisz? Póki co działasz na podstawie swoich własnych podejrzeń, czy nawet przypuszczeń.
- Wiem, ale muszę się czegoś zaczepić. Czas działa na naszą niekorzyść. Dzisiaj jeszcze porozmawiam ze starym. Pytanie tylko czy się zgodzisz.
Kobieta przez chwilę się zastanawiała co odpowiedzieć. Nie ukrywała przed samą sobą, że prośba Mazura mocno ją zaskoczyła.
- W porządku. Niech ci będzie. Ale nie myśl sobie, że będę twoim pomagierem czy dziewczynką na posyłki.
Mężczyzna uśmiechnął się lekko. Przez chwilę jeszcze omówili szczegóły. Szewczyk miała przesłuchać Roberta, Mazur z kolej miał się udać na komisariat, a potem prosto do firmy gdzie pracowała ofiara.

*

            Komendant przez dłuższą chwilę zastanawiał się, czy siedzący przed nim człowiek to ten sam Mazur, który zawsze reagował z dezaprobatą na wieść o tym, że musi z kimś współpracować. Spodziewał się wielu rzeczy, ale nie tego, że ów wspomniany policjant poprosi o przydzielenie partnera do prowadzonej przez niego sprawy. Nie chcąc, aby Mazur się rozmyślił, zgodził się niemal natychmiast. Wyraził także zainteresowanie teorią Zbyszka, jednak podszedł do niej jeszcze bardziej sceptycznie niż Szewczyk. Fakt, że wywód mężczyzny wydawał się logiczny, to teoria była dość fantastyczna i gdyby nie fakt, że do obowiązków policji należy dokładne zbadanie środowiska, w którym obracała się ofiara, nie zgodziłby się na wizytę Mazura w firmie Statistic Soft Corporation.
            Po niespełna pół godziny Mazur dojeżdżał na miejsce. Minęła godzina jedenasta, dlatego ruch na łódzkich ulicach był o wiele bardziej znośny niż o poranku. Jednak w piątki najgorzej jest, gdy znakomita większość osób siedzących w pracy, odlicza godziny w oczekiwaniu na szesnastą, aby tłumnie wylec na ulice w nadziei na rychłe dotarcie do domu i rozpoczęcie weekendu. Plany te jednak zazwyczaj biorą w łeb, przez co początek weekendu już nie jest taki idealny, jak planowano.
            Biuro firmy, gdzie pracował Świebodziński, znajdowało się w jednym z biurowców przy ulicy Piłsudskiego, miedzy ulicą Piotrkowską i Sienkiewicza. O dziwo na przylegającym parkingu, było kilka wolnych miejsce toteż spokojnie zaparkował i udał się pod wskazany adres.
            W obszernym holu, wykładanym marmurem przywitała go młoda, ciemnowłosa kobieta, do której obowiązków właśnie należało witanie każdego, kto przekroczy próg tego przybytku i udzielania stosownych informacji.
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? – kobieta była bardzo sympatyczna i nie wymuszony uśmiech sprawiał, że człowiek nie traktował jej z dystansem. Dodatkowo uroda także robiła swoje, dzięki czemu każdy kto tu przyszedł, chętnie dzielił się swoimi planami, co do tego miejsca.
- Dzień dobry, szukam pana Tomasza Gawrona z firmy Statistic Soft Corporation.
- Oczywiście, tylko proszę powiedzieć z kim mam przyjemność?
- Starszy Sierżant Zbigniew Mazur Centralne Biuro Śledcze.
Na widok policyjnej odznaki twarz kobiety spoważniała, a uśmiech szybko zniknął. Mazur ukradkiem zerknął na plakietkę, którą miała przyczepioną do klapy marynarki
Service Information
Sandra Jóźwik
- Czy… czy coś się stało?
- Proszę się nie martwić pani Sandro, to rutynowa wizyta. Czytuje pani gazety?
- Ostatnio nie, bardziej portale informacyjne, ale o to tylko przelotnie w tramwaju… proszę wybaczyć, ale dużo pracuję i…
- Niech się pani nie boi, nie przesłuchuję pani – odparł spokojnie Mazur, widząc że dziewczyna jest spięta – zwykła rzecz, jeden z pracowników firmy Statistic został zamordowany. Chciałem porozmawiać z kimś z jego pracy. To rutynowe działanie w takich sprawach.
Dziewczyna pokiwała głową na znak, że rozumie, ale szok jaki malował się na jej twarzy z pewnością będzie ją zdobił da końca dnia. Przez myśl Mazura przebiegła myśl, że na wizyty jego, czy jego kolegów po fachu ludzie reagują tak samo, jak w średniowieczu reagowano na wizytę inkwizytorów.
- Proszę mi dać chwilkę, zaraz zadzwonię po pana Tomasza Gawrona.
- Dziękuję.
Dwoma szybkimi krokami kobieta podeszła do masywnego biurka, które stało po prawej strony od wejścia. Za nim ciągnął się korytarz, na końcu którego ścianę zdobiły dwie pary metalowych drzwi od wind, okraszonych przedziwnymi wzorami.  Mazur przebiegł szybko wzrokiem po holu, który przybierał chyba wszystkie odcienie szarości. Podłoga wykładana ciemno-szarym marmurem oraz ściany wykładane tym samym budulcem tyle, że jasno-szarym. Całość wystroju sprawiała, że dłuższe przebywanie w takim miejscu groziło depresją. Na wprost wejścia, na ścianie wisiała duża tablica z hartowanego szkła, na której wymalowane były nazwy poszczególnych firm oraz numer piętra, na których wynajmowały pomieszczenia biurowe. Siedziba Statistic znajdowała się na ósmym piętrze. Wyżej były już tylko trzy wiodące banki, po jednym na każde piętro.
- Panie sierżancie – dziewczyna znów podeszła do Mazura - Pan Tomasz Gawron zaraz zejdzie. Może zechcą pan usiąść?
- Dziękuję, nie trzeba.
- Dobrze… czy mogę jeszcze w czymś pomóc?
- Proszę się nie kłopotać – odparł Mazur z lekkim uśmiechem.
Po kilku minutach zza biurka kobiety wyłonił się mężczyzna, który podszedł do policjanta.
- Pan Zbigniew Mazur? Witam serdecznie, Tomasz Gawron.
Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie. Zbyszek przyjrzał się mężczyźnie, który przewyższał go wzrostem o dobre pół głowy. Bujne ciemne włosy ułożone przy pomocy dużej ilości żelu na bok, symbol dzisiejszego pracownika biurowego wyższego szczebla. Ruchy pewne i energiczne. Ubrany w markowe dżinsy, koszulę, marynarkę oraz lakierki idealnie wpisywał się w obrazek człowieka firmy, człowieka sukcesu, którego tak chętnie pokazywano na plakatach firmowych okraszonych sloganami rodem z PRL-u „szybciej”, „więcej”, „lepiej” z tą różnicą, że tutaj zamiast rodzimą Polszczyzną posługiwano się językiem Jankesów. Uścisk dłoni mężczyzny był pewny, ale niezbyt mocny, co niezbyt pasowało masywnej budowy ciała.
- Starszy Sierżant Zbigniew Mazur.
- Mam nadzieję, że nie czekał pan długo. Przepraszam, ale mamy ostatnio sporo pracy, a teraz to, co spotkało Marcina…
- Rozumiem. Nie ma o czym mówić. Ja właśnie w związku ze śmiercią Marcina Świebodzińskiego. To rutynowa rozmowa. Czy nie pogniewa się pan jeśli poproszę, abyśmy udali się gdzieś, gdzie będziemy mogli porozmawiać w cztery oczy?
- Tak, jasne. Nie ma problemu. Sandra!
Mężczyzna zwrócił się do dziewczyny, które teraz siedziała za biurkiem.
- Daj jednego badga dla wizytatorów.
- Już daję.
„Badga? To już słowo plakietka wyszło z mody?” – pomyślał mężczyzna.
Dziewczyna pogrzebała chwilę w szufladzie i po chwili wyjęła z niej plastikową plakietkę z przyczepionym do nie sznurkiem, którą następnie podała Gawronowi. Przypominała tą, którą mężczyzna nosił na szyi, tyle że zamiast zdjęcia i numeru identyfikacyjnego, miała napis „Visitor”.
- Proszę, z tym może się pan poruszać po naszym piętrze.
Następnie obaj mężczyźni udali się do windy, po czym wsiedli do jednej z nich. Wbrew pozorom puszka elewatora – bo z tym Mazurowi skojarzyło się surowe, metalowe wnętrze windy - była niewielkich rozmiarów. Według tabliczki informacyjnej mogło nią podróżować dziesięć osób, jednak Zbyszek zastanawiał się czy upchnięcie chociażby ośmiu ludzi nie stanowiłby poważnego problemu.
W końcu dojechali na ósme piętro, gdzie na wprost wyjścia znajdowały się duże przeszklone drzwi. Gawron podszedł do nich i przytknął swoją plakietkę do czujnika, który wstawał ze ściany po prawej stronie. Rozległo się ciche piknięcie, mężczyzna pociągnął mocno drzwi i obaj weszli do środka. Korytarz w którym się znaleźli był szeroki na dwa metry, wyłożony granatową wykładziną, ze ścianami umalowanymi na zielono. Idąc wzdłuż pomieszczenia po lewej stronie mijali stanowiska z komputerami, a po prawej niewielkie pokoje, prawdopodobnie biura, w których przebywali pracownicy. Zatrzymali się przy pomieszczeniu, do którego drzwi były lekko uchylone i w którym panowała ciemność. Gawron szedł pierwszy, poszukał ręką włącznika i po chwili struga jarzeniowego światła rozeszła się po niewielkim pomieszczeniu.
- To nasz niewielki meeting room. Wygodny i cichy, właśnie do spotkań czy do przeprowadzenia rozmowy telefonicznej. Zapraszam.
Faktycznie na środku pomieszczenia znajdował się niewielki stolik, przy którym po obu stronach stało krzesło. Dodatkowo na wyposażenie pokoju składał się telefon stacjonarny oraz dystrybutor z wodą. Mazur poznał po naklejce, że firma ta zaopatruje się w wodę u tego samego dostawcy co ich komisariat.
- Coś do picia?
- Nie dziękuję. Mam tylko kilka pytań – odparł Mazur i usadowił się na jednym z krzeseł. Jego rozmówca zajął miejsce po przeciwnej stronie stolika i oparłszy się mocno na krześle, założył jedną nogę na drugą i splótł ręce. Nie trzeba było biegłego psychologa, że czuł się bardzo pewnie w tym co robi, a słowa wypowiadał ze spokojem.
- Zna pan cel mojej wizyty, dlatego przejdę do rzeczy. Czy Marcin Świebodziński długo o was pracował?
- Marcin… Niech no pomyślę… jakieś pięć lat, jak nie dłużej. Pracował tutaj jeszcze zanim ja przyszedłem. Dorobił się statusu złotego pracownika.
- To znaczy?
- Każdy, kto w firmie pracuje pięć lat i dłużej, otrzymuje status złotego pracownika, taki ukłon w stronę najwierniejszych.
- Wiążą się z tym jakieś profity?
- Przeróżne. Pomijając takie trywialne, jak miejsca parkingowe, benefity w postaci biletów na różne imprezy kulturalne, spektakle teatralne, koncerty, dochodzą jeszcze te poważniejsze w postaci czysto materialnych korzyści. Jednak proszę mnie nie pytać jakie przysługiwały Marcinowi, bo to już ustala „góra”. – mówiąc to mężczyzna palec wskazujący skierował do sufitu. Ja tylko wystawiam opinię.
- Rozumiem. Jaka ona była, jeśli to nie tajemnica?
- Jak najbardziej pozytywna. Nigdy nie schodził poniżej pewnego poziomu, a często mogłem na niego liczyć ja, czy pozostali ludzie z teamu.
- A jakie relacje łączyły panów?
- To znaczy?
- Zacznijmy od zawodowych. Jak wam się współpracowało, czy dochodziło między wami do konfliktów?
- Marcin i konflikt? – Gawron lekko się zaśmiał, ale szybko spoważniał – przepraszam, nie powinienem się śmiać. Ciągle jeszcze do mnie nie dociera to, że Marcina już nie ma z nami. Co mogę powiedzieć. Jest on…przepraszam…był jedną z ostatnich osób, z którą można było wejść w jakikolwiek konflikt. Tak ugodowego człowieka to ja chyba nigdy nie spotkałem. Czasami mi go było nawet szkoda.
- Dlaczego? Czy jego ugodowy, jak pan to określił charakter przeszkadzał mu jakoś?
- Nie, nie o to chodzi. Widzi pan. To jest korporacja. Tutaj życie toczy się inaczej, szybciej niż na zewnątrz. Trzeba szybko reagować, podejmować decyzje oraz umieć do tych decyzji przekonać innych, czasem nawet rozpychać łokciami. – Każdej wypowiedzi mężczyzny towarzyszyła dynamiczna gestykulacja, jakby chciał dodatkowo przedstawić to, o czym właśnie mówił. - Marcinowi przy wszystkich jego zaletach, brakowało właśnie tej stanowczości. Gdyby miał w sobie choć trochę, takiej… zaciętości… ikry… mógłby naprawdę wiele osiągnąć.
Mazur w jednej chwili przypomniał sobie rozmowę z żoną Świebodzińskiego, która dokładnie w taki sam sposób opisała swojego męża.
- A czy ta ugodowość nie sprawiała, że był wykorzystywany przez innych? Rozumie pan? Jest gość, który się nie postawi, to zwalimy na niego robotę.
- Absolutnie! – Mężczyzna zaprzeczył energicznym ruchem głowy.
- Czyli można powiedzieć, że Marcin Świebodziński nie był z nikim skłócony.
- Naprawdę, trudno mi to sobie wyobrazić.
- Dobrze, zostawmy to. Podobno w ostatnim czasie, pan Marcin brał nadgodziny.
- Tak. Jesteśmy w trakcie realizacji programy do liczenia głosów, na zbliżające się wybory…
- Znam sprawę, cieszycie się sporym uznaniem – Mazur nieznacznie się uśmiechnął.
- Ooo… no proszę, miło to słyszeć – Mężczyzna sprawiał wrażenie dziecka, które pęka z dumy po tym, gdy jako jedyne dostało pozytywną ocenę z klasówki – tym bardziej, że jestem pomysłodawcą i koordynatorem tego projektu.
- To znaczy, że pan wpadł na pomysł, aby zgłosić firmę do udziału w przetargu?
- Dokładnie!
- Śmiałe posunięcie.
- Nie robiłbym tego, gdybyśmy nie miał pewności, że uda nam się pociągnąć ten projekt.
Mężczyzna ożywiał się coraz bardziej. Mazur w jednej chwili dostrzegł, że ten projekt jest oczkiem w głowie jego rozmówcy.
- Chętnie wysłucham.
- Dobrze… chociaż nie mogę zdradzać za wiele.
- Proszę pamiętać, że jestem funkcjonariuszem na służbie, obowiązuje mnie tajemnica służbowa. Zdradzając szczegóły ryzykuję nie tylko karierą.
- Dobrze więc!
Usta Gawrona wykrzywiły się w szczerym uśmiechu. Mężczyzna pochylił się do przodu, oparł łokcie o blat stołu i zaczął mówić, gestykulując przy tym dłońmi.
- Tworzenie programu wyborczego, z takimi właściwościami, z tak ogromną bazą danych, działającą w tylu okręgach, jest ogromnie trudnym przedsięwzięciem. Dodatkowo trzeba pod niego stworzyć oprogramowanie dla skanerów, a dokładnie komputerów, pod które będą one podpięte. Tak naprawdę tworzymy dwa oddzielne programy. Jeden, który skanuje każdą pojedynczą kartę do głosowania. Odczytuje zawarte na niej dane, jak okręg wyborczy czy oddany głos. Już tutaj zaczynają się schody, bo trzeba uwzględnić wiele czynników. Załóżmy, że przy danym kandydacie, czy danej partii należy skreślić krzyżyk w kwadracie. Ale wyborca zamiast krzyżyka wstawi kropkę lub kółko, albo postawi krzyżyk, nie ukośny tylko pionowy. Oczywiście Komisja Wyborcza decyduje czy taki głos jest ważny czy nie i przesyła nam odpowiednie informacje na podstawie, których my tworzymy odpowiednie warunki do naszego programu. Program sczytuje i kwalifikuje głos: ważny, nieważny. Jeśli nieważny sprawa jest prosta, ale dla pierwszego przypadku trzeba wprowadzać kolejne procedury. Program musi określić, na kogo został oddany głos. W tym celu, dzieli sobie kartkę na kilka pól, coś jak w grze w okręty i następnie porównuje głos z matrycą karty wyborczej, która jest wcześniej wprowadzona do systemu. Następnie informacja o tym, które pole jest zakreślone, jest wysyłana do drugiego programu, który znów korzystając z odpowiednich warunków, zapisuje wynik w naszej lokalnej bazie danych. Następnie wyniki z każdej z tych baz są wysyłane do globalnej i po otrzymaniu informacji o frekwencji wyborczej z poszczególnych okręgów, tworzymy gotowy raport wyników wyborczych.
- Rozumiem. Wniosek z tego, że mamy, a właściwie pan ma do czynienia z ogromnym przedsięwzięciem. Skąd zatem pewność, że pańskiej firmie się uda? Nie ujmuje waszych osiągnięć na rynku, jednak ilość danych przetwarzanych przez ten program, ma być ogromna.
- Zgadza się, to jest ogromny projekt i powiem szczerze… - mężczyzna ściszył głos – gdybyśmy zaczynali od zera, to wątpię czy dalibyśmy radę wyrobić się w terminie.
- Jednak się wyrobicie. Z tego co czytałem, za miesiąc wchodzicie już w fazę testów.
- Zgadza się.
Gawron znów wygiął się w tyłu, aż oparcie krzesła lekko zaskrzypiało.
- Widzi pan, w informatyce rzadko kiedy tworzy się od zera. Weźmy takiego Androida dla przykładu. Czy sądzi pan, że programiści z Google usiedli do komputerów i zaczęli klepać wszystko od początku, tworząc system operacyjny, który ma pan zapewne w swoim telefonie.
- Nie sądzę. Android powstał na bazie Linuxa, a dokładnie jego jądra.
- Dokładnie! Podobnie my działamy na rzeczach już sprawdzonych, choć unowocześniamy je, aby sprostały wymogom rzeczywistości. Tworzyliśmy kiedyś programy do sprawdzania testów dla jednej z łódzkich uczelni. Z tego samego programu zaczęły także korzystać uczelnie warszawska, wrocławska czy poznańska. Proszę mi uwierzyć, program powstały na bazie tych, które uczelnie różnych miast wprowadziły u siebie, nadaje się idealnie do sczytywania wyników z kart wyborczych. Wygrywaliśmy wyścig, zanim go zaczęliśmy. Właściwie w momencie ogłaszania wyników przetargu, byliśmy tylko kilkaset linijek kodu od gotowej wersji, co przy wielu tysiącach linijek kodu, które składają się na cały program, jest niczym. Tak naprawdę główne siły rzuciliśmy na tworzenie bazy danych i systemu zliczającego, który by ją zapełniał.
- Czyli wystarczyło przekonać zarząd, że warto wystartować do przetargu.
- Nie było to trudne, zwłaszcza że nie tylko ja wpadłem na ten pomysł.
- Ale to pan otrzymał stanowisko koordynatora projektu.
- Bo to ja zgłosiłem ten pomysł jako pierwszy.
- Zakładam, że pomimo śmierci Marcina Świebodzińskiego, prace nad programem cały czas trwają?
- Wiadomo, że to co się stało, wstrząsnęło nami wszystkimi. Niemniej podjęliśmy się zobowiązania, które musimy jak najlepiej wykonać. W najbliższy piątek odbędzie się pogrzeb Marcina. Firma pokryła wszystkie koszty związane z pochówkiem oraz wysyłamy delegację team-leaderów i managerów. Chociaż tyle możemy zrobić.
- Rozumiem. Skoro już mowa o panu Marcinie, proszę mi powiedzieć, jaka była jego rola w tym projekcie? Z tego co wiem, nie był programistą, a księgowym.
- Zgadza się. Uruchomienie takiego projektu oraz wdrażanie kolejnych jego elementów w życie, wiąże się z licznymi wydatkami. Znalezienie środków na wypłaty dla członków zespołu, księgowanie wydatków na sprzęt, na zakup skanerów. Wchodzi w to także obsługa pieniędzy, które otrzymaliśmy od Państwa, na poczet projektu. Chcieliśmy, aby wszystko było księgowane na bieżąco, po to aby nie dokonywać zamknięcia miesiąca na ostatnią chwilę. Dlatego też niejednokrotnie prosiłem Marcina, aby zostawał na nadgodzinach i dokonywał rozliczeń. Nie ukrywam, że z całego działu księgowości miał on największą wiedzę.
- Czy pan Marcin sam zostawał po godzinach?
- Nie. Zawsze ja mu towarzyszyłem. Decyzje o tym, że trzeba zostać, podejmowaliśmy jeszcze tego samego dnia, więc do każdej tego typu akcji wchodziliśmy praktycznie z marszu. Ja przedstawiałem poszczególne wydatki, paragony, faktury, a on zapisywał odpowiednie rubryki danymi. Czasem zostawał z nami jeszcze jeden księgowy Wojtek Nowak, ale tylko wtedy, gdy musieliśmy wcześniej skończyć.
- A tego wieczoru, gdy zginął Świebodziński?
- Byłem tylko ja i Marcin. Wojtek ostatni tydzień przebywa na zwolnieniu.
- Kto pierwszy wyszedł?
- Czy to ma znaczenie?
- To rutynowe pytanie.
- Marcin wyszedł pierwszy jakoś po dziewiątej. Ja wyszedłem ponad godzinę później jak nie lepiej.
- Rozumiem. To wszystko na dziś, nie będę już pana więcej zatrzymywał.
Mazur sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyjął z niej kartkę, którą następnie podał Gawronowi.
- To mój numer telefonu, gdyby coś się panu przypomniało, proszę zadzwonić. Nawet najdrobniejszy szczegół może mieć znaczenie.
- Dobrze, dziękuję.
Mężczyzna wziął kartkę i bez oglądania jej, schował do kieszeni marynarki.
- Mam nadzieję, że znajdziecie tego bandytę – dodał, wstając.
- Posłużę się frazesem i powiem, że robimy wszystko co w naszej mocy.
- Życzę powodzenia, odprowadzę pana.
- Nie trzeba, trafię do wyjścia.
- Chociaż do wyjścia, taki mam obowiązek.
Mazur nie protestował. Gdy stał już sam na korytarzu, przez chwilę przyglądał się czytnikowi kart, które odblokowywały drzwi. Pamiętał, że jego znajomi pracowali w podobnym miejscu, gdzie były stosowane identyczne urządzenia. Działały one w ten sposób, że w momencie gdy odpowiednia karta została przyłożona do czytnika, do systemu była wysyłana informacja o tym kto i o której godzinie, chce się dostać do danego pomieszczenia. Każda karta miała swój wewnętrzny unikalny kod, przypisany danemu pracownikowi. Dzięki temu systemowi kontroli, można było zweryfikować, kto ile czasu spędził w biurze, kto często wychodził na papierosa z dokładnością co do sekundy.
Policjant podszedł do metalowych drzwi i nadusił przycisk wzywający windę. Mimo szczelnej konstrukcji szybu windowego, słychać było cichą pracę dźwigu, który wciągał metalową skrzynię na górę. Po chwili drzwi otworzyły się i z windy wyszły cztery osoby, które zdawało się, nie dostrzegły policjanta. Przeszli obok niego rozmawiając o czymś wesoło, czego Mazur nie miał ochoty analizować. Wszedł do środka i bez zastanowienia nacisnął guzik z cyfrą „1”. Z informacji, które widniały na tablicy na pierwszym piętrze znajdowała się siedziba administracji budynku. Jeśli system obsługi wejść na poszczególne piętra jest jeden i ten sam dla całego budynku, to jego centrum sterowania powinno się znajdować właśnie w tej części budynku.
Mężczyzna po niecałej minucie stał przed drzwiami obok których, na ścianie widniała tabliczka informacyjna z napisem „Administracja”. Tuż pod nią znajdował się czytnik kart, który wyłączał blokadę zamka do drzwi. Jedyne czego Mazurowi brakowało to dzwonka. Rozpaczając pod nosem, nad brakiem owego urządzenia, które w tym budynku należało chyba do reliktów przeszłości, Mazur zapukał energicznie w drzwi. Rozległ się głuchy odgłos metalu. Zbyszek czekał przez dłuższą chwilę, ale nikt nie kwapił się aby otworzyć. Zapukał drugi raz i także bez efektu. Za trzecim razem postanowił posłużyć się całą pięścią, którą kilka razy uderzył w drzwi. Siła przed prawem, jak czasem powtarzał, bo tym razem ktoś z wewnątrz postanowił w końcu się pofatygować i otworzyć. Tym, który miał szczęście trafić na Mazura, był młody mężczyzna średniego wzrostu, do bólu przypominający stereotypowego informatyka w okularach. Nim pracownik administracji zdążył cokolwiek powiedzieć, Mazur wyciągnął odznakę.
- Starszy Sierżant Zbigniew Mazur Centralne Biuro Śledcze…
- O boże…
- Słucham? – Mazur był tak zaskoczony reakcją mężczyzny, który sprawiał wrażenie przerażonego, że zapomniał dokończyć zdanie – czy coś się stało?
- Nie… to znaczy… pan do mnie?
- W zasadzie… tak.
- Chodzi o te torrenty?
- Torrenty? O czym pan mówi?
- No… aaa… zaraz… to pan nie w tej sprawie?
Przerażenie, które jeszcze przed chwilą zdobiło twarz mężczyzny, powoli ustępowało zaciekawieniu.
- Nie wiem, o co chodzi z tymi torrenatami, ale chętnie się dowiem.
- Nie! Naprawdę nie potrzeba to nic ważnego…
- Ja decyduję o tym co jest ważne, a co nie. Czy to jasne?
- Tak panie władzo.
- Dobrze więc. Jak się nazywasz.
- Maciej Nowak.
- Możemy porozmawiać na osobności? Potrzebuję kilku informacji.
- Dobrze. możemy nawet tutaj pogadać, powiem najwyżej, że znajomy wpadł.
Mazur w tym momencie poczuł ulgę, że nie ma obowiązku paradowania w mundurze. Policyjny uniform często sprawia, że ludzie nawet nieświadomie bardziej traktują tak ubraną osobę z rezerwą, co na pewno nie pomaga w śledztwie. W tym wypadku brak munduru również pomagał, bo jaki człowiek odwiedza swoich znajomych w takim stroju?
Maciek dał krok naprzód i zamknął za sobą drzwi.
- Jak mogę panu pomóc?
- Czy tutaj także wszyscy posługują się tymi plakietkami? – Zadając to pytanie, Mazur wskazał ruchem głowy na badga, który był zawieszony na szyi mężczyzny.
- Tak, to elektroniczny klucz dostępu. Ma go każdy, kto  pracuje w tym budynku.
- Jak rozumiem, każdy z nich ma ograniczony dostęp, na przykład tylko na swoje piętro i tylko nieliczni wybrańcy mogą się cieszyć nieskrępowaną wolnością, poruszania po całym budynku? Mnie jednak interesuje inna rzecz. Czy dobrze rozumuję, że to u was znajduje się centrum zarządzania tym systemem?
- Jeżeli pyta pan o suport, to jest to firma z Warszawy…
- Nie, nie o suport mi chodzi, tylko…
- Już kumam, rejestr wejść i wyjść, blokady i tym podobne?
- Dokładnie.
- Tak to nasza działka.
- A czy jesteście w stanie sprawdzić taki rejestr z danego dnia dla konkretnego pracownika?
- Tak. Chwilę to zajmie, bo baza danych jest dość spora, ale da radę.
- Chciałbym cię teraz prosić, abyś zrobił coś takiego dla mnie.
- Jak to… teraz?
- Tak teraz. Chyba, że chcesz żebym wrócił z nakazem no i zajął się twoimi torrentami.
Mężczyzna przełknął głośno ślinę i cofnął.
- Chciałem tylko pobrać Grę o Tron dla mojej matki, bo mnie prosiła.
- Zapomnę o tym, jeśli zrobisz to, o co cię proszę. Prowadzę śledztwo w sprawie zabójstwa i informacje, które mi dostarczysz, mogą mi bardzo pomóc.
Maciek otworzył szerzej oczy. Zdumienie, które go w tym momencie ogarnęło sprawiło, że na moment zapomniał gdzie się znajduje.
- Więc jak będzie? Pomożesz mi?
- Dobrze… pomogę, ale potrzebuję znać numer pracownika.
- Czy to ten na plakietce?
- Tak.
- 322706, Tomasz Gawron. Potrzebuję wykaz wejść i wyjść z 14 listopada, powiedzmy, że od godziny 15 do końca. Na kiedy mogę się spodziewać rejestru?
- Do końca dnia postaram się to załatwić.
- Dałbyś radę wysłać go na maila?
- Czemu nie, to nawet lepiej, bo nie będę musiał tego drukować.
- Dzięki. Tu masz namiar na mnie – mówiąc to Mazur wyjął z kieszeni kurtki wizytówkę i podał ją mężczyźnie – i jeszcze jedno. Chciałbym, żeby ta rozmowa została między nami. Nie muszę chyba uświadamiać cię, że chwalenie tym może poważnie zagrozić śledztwu, a tego wolałbym uniknąć.
- Rozumiem – odparł Maciek – ostrożnie przyjął wizytówkę od funkcjonariusza.
- Nie trzymam cię dłużej. Dziękuję za pomoc i czekam na maila z rejestrem.
- Jeszcze dziś go wyślę.
Mężczyzna schował wizytówkę do kieszeni koszuli i wrócił do swojego biura. Mazur skierował się do wind. Zostawiwszy badga w recepcji, gdzie kobieta pożegnała go przyjaznym uśmiechem, opuścił budynek. W tej chwili zamarzył o ciepłym prysznicu i kilku godzinach snu w zagrzanej pościeli. Niezbity dowód na to, że adrenalina przestaje działać, a umysłowi brakuje świeżości. Sięgnął jeszcze do kieszeni po telefon komórkowy. Na wyświetlaczu widniał komunikat o trzech nieodebranych połączeniach. Wszystkie były od Doroty Szewczyk. Specjalnie wyciszył komórkę, żeby nikt nie przeszkadzał mu podczas przesłuchania Gawrona. Widocznie Dorota szybko uwinęła się z kochankiem żony ofiary i chciała podzielić się wrażeniami. Postanowił oddzwonić, choć robił to niechętnie.
- No, nareszcie! – przywitał go jak zawsze przyjazny głos kobiety – myślałam, że nigdy nie skończysz z tym Gawronem.
- Trochę zeszło, dowiedziałaś się czegoś?
- No właśnie mi tak szybko poszło, bo ma alibi.
- Co to za alibi?
- Pracował w klubie fitness Burn&Fit od godziny trzeciej do jedenastej wieczór.
- Są świadkowie jak rozumiem.
- Tak, dokładnie. Dziewczyna z recepcji i jego współpracownik. Oboje zeznali, że miał w tym czasie lekcje squasha. Zadzwoniłabym wcześniej, ale ich ośrodek znajduje się w jakimś starym pofabrycznym budynku. Mury są tak grube, że wytrzymałyby wybuch jądrowy i przez to nie miała zasięgu.
- To gdzie oni grają w tego tenisa? W jaskiniach?
- Magazyny znajdujące się pod budynkami, są dość sporych rozmiarów i dobrze je zagospodarowano. Są tu korty tenisowe, do squasha, do gry na ściance…
Nie czekał na ciąg dalszy tego, co kobieta ma do powiedzenia, tylko się rozłączył.  Czuł się zdezorientowany. Ich główny podejrzany miał alibi, jeśliby się okazało, że szef ofiary także je będzie miał, to zaczynają od zera.
- Wszyscy byli w pracy, cholera jasna, cóż za pracowity naród!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz