wtorek, 29 października 2019

ROZDZIAŁ VI


Następnego dnia, rano Robert Pakuła siedział na niewygodnym drewnianym krześle, w niedużym pokoju przesłuchań, który mieścił się na komendzie przy ulicy Kościuszki. Głowę miał pochyloną, a rękoma opierał się o drewniany stół, który stał przed nim. Szybkie ruchy palców obu dłoni, które na przemian splatały się i rozprostowywały, wyraźnie wskazywały na duże zdenerwowanie. Po drugiej stronie stołu, niczym kat czekający na wykonanie wyroku, siedział oparty na krześle Mazur, który jedną rękę miał przewieszoną przez oparcie, a drugą ułożoną na blacie, o który palce rytmicznie wystukiwały rytmicznie tylko jemu znaną melodię.
- Nieładnie panie Robercie, bardzo nieładnie – głos policjanta był spokojny i opanowany. Ile to już razy miał do czynienia z ludźmi, którzy kłamali w żywe oczy podczas przesłuchania, tego sam już nie wie.
Na początku, bardzo go to denerwowało, gdyż nieprawdziwe informacje spowalniały śledztwo, a nawet sprawiały, że trzeba było się cofnąć nawet do początku. Jedni kłamali ze strachu, inni z wyrafinowania. Niemniej, kłamstwo pozostaje kłamstwem, nieważne jakimi motywami się kierować. Z biegiem czasu policjant znieczulił się na to i teraz emanował od niego niczym niezmącony spokój.
            Robert nie podnosił głowy. Szczęka mu drgała i wykonywała powolne ruchy tak, że zęby zgrzytały o siebie, tak głośno, że słyszał to nawet przesłuchujący go policjant.
- Nie ma mi pan nic do powiedzenia? Dobrze, w takim razie pozwoli pan, że ja panu powiem, jak wygląda sytuacja. Już teraz za składanie fałszywych zeznań grozi panu kara pozbawienia wolności do lat trzech. Mamy zatem dwie opcje – Mazur wyciągnął zaciśniętą pięść, grzbietem skierowaną w kierunku przesłuchiwanego mężczyzny i wyprostował palec wskazujący – pierwsza, przyznaje się pan do kłamstwa. W dalszym postępowaniu wyjaśnia nam pan, co zaszło, a właściwie tylko potwierdza pan naszą teorię, że to pan zabił Marcina Świebodzińskiego…
            Robert zerwał się z krzesła tak szybko, że mebel upadł z hukiem na podłogę. W tym momencie do pokoju wbiegł uzbrojony funkcjonariusz policji, którego Mazur powstrzymał gestem ręki.
            - Proszę mi nie przerywać i usiąść z powrotem, teraz ja mówię.
            Mężczyzna stał jeszcze przez chwilę, po czym postawił przewrócone krzesło i bezradny opadł na nie.
            - Drugie wyjście – policjant wyprostował środkowy palec – idzie pan w zaparte i nie przyznaje się do winy, jednak my i tak dojdziemy do prawdy. Niestety, ale wszystko wskazuje przeciwko panu. Po pierwsze operator sieci komórkowej z dokładnością do kilkunastu metrów ustalił, że z pańskiego telefonu dokonywano połączenia z okolic osiedla, na którym mieszkała ofiara, dokładnie na kilkanaście minut przed tym, zanim popełniono morderstwo. Zataił to pan, co już robi z pana podejrzanego. Po drugie miał pan motyw, a proszę mi uwierzyć, zabójstwo z miłości znajduje się w pierwszej trójce w hierarchii powodów, dla których zabójca decyduję się na ten krok.
- Jestem niewinny… - głos Robertowi drżał – mam świadka…
- Ooo – Mazur wstał od stołu i zaczął się przechadzać po pokoju – a skoro o świadku mowa, to niech mi pan wierzy, z nim także sobie porozmawiamy.
            Policjant zamilkł i czekał na reakcję przesłuchiwanego. Robert siedział przy stole, tak jak przedtem i milcząc, wpatrywał się w brązowy blat stołu.
- Na chwilę obecną jest pan zatrzymany pod zarzutem zabójstwa Marcina Świebodzińskiego. Zatrzymanie ma charakter tymczasowy, ale postaramy się, żeby prokurator nie wypuścił pana aż do rozprawy. To wszystko.
            Za drzwiami pokoju przesłuchań czekała Dorota, która do tej pory przysłuchiwała się rozmowie zza weneckiego lustra, które znajdowało się za plecami policjanta.
- Szybko poszło.
- Same poszlaki, ale powinno wystarczyć, by go skazać. Może do tego czasu zrozumie jak poważna jest sprawa i ruszony wyrzutami sumienia, zmięknie i przyzna się do winy.
- Gdy go przesłuchiwałeś, poprosiłam, aby ktoś pojechał po Marka Banaszkiewicza. Jeśli przyzna się, że alibi było fałszywe i Robert zmusił go do składania fałszywych zeznań, proces poszlakowy w zupełności wystarczy.
- Spoko, dzięki.
            Kobieta kiwnęła głową, odwróciła się i miała już odejść.
- Posłuchaj, co do wczoraj…
- Zapomnij – odpowiedziała, nie odwracając głowy.
- W każdym razie, przepraszam.
            Dorota przez dłuższą chwilę nic nie odparła, wzięła kilka głębszych oddechów.
- W porządku.
            W tej chwili podszedł do nich wysoki policjant, którego wyraz twarzy nie zwiastował nic dobrego.
- Dzwonili właśnie z radiowozu, z miejsca gdzie pojechali po Marka Banaszkiewicza. Chłopak nie wrócił wczoraj na noc. Rodzice chłopaka zgłosili zaginięcie.

*

- To jakiś sen wariata – Mazur krążył po posterunku od biurka do biurka.
            Dorota siedziała na krześle kreśląc długopisem szlaczki, na kartce papieru.
- Nikt mi nie wmówi, że to przypadek. Owszem zdarzają się, ale to przypomina te wszystkie wypadki samochodowe czy też z zawałem serca przy okazji wielkich afer finansowych z udziałem polityków.
- Sugerujesz, że…
- Nic nie sugeruję! – mężczyzną zatrzymał się i popatrzył na kobietę, która nie odrywała wzroku od na wpół zabazgranej kartki papieru – zaczynamy z jednym trupem i nagle ni z tego ni z owego ginie nam świadek, którego zeznania mogą ostatecznie pogrążyć głównego winnego. Brzmi to jak w jakimś tanim kryminale, a jednak się zdarzyło naprawdę.
- Na razie nic nie możemy zrobić. Chłopak mógł wyjść na imprezę, do znajomych, gdziekolwiek. Wiem co myślisz, sama mam pewne podejrzenia. Rozmawiał ktoś z jego rodzicami?
- Tak, Tomek. Twierdzą, że Marek dzwonił do nich z pracy i mówił, że spóźni się godzinę. Matka jego twierdzi, że przez telefon wydawał się poddenerwowany.
- Z nami jak rozmawiał, też nie zachowywał się swobodnie. Co prawda, niektórych ludzi krępuje czy wręcz napawa niepokojem widok policyjnej odznaki, ale tacy z reguły mówią jak najwięcej, żeby wyjść na jak najbardziej wiarygodnych. Mówię oczywiście o takich, co to nie mają niczego na sumieniu.
- Kurwa. Będę musiał znowu pogadać z podejrzanym. Prawdopodobnie był jedną z ostatnich osób, która wczoraj widziała naszego zaginionego.
- Teraz się do niego wybierasz?
- Nie, najpierw muszę coś sprawdzić. Gdzie znajdują się osobiste rzeczy podejrzanego?
            Kobieta zrobiła zdziwioną minę.
- W depozytorium, powinny być gdzieś na wierzchu, a do czego ci one?
- Muszę coś sprawdzić. Niedługo wrócę.
            Mężczyzna niemal wybiegł z posterunku, zostawiając lekko oszołomioną kobietę samą.

*

            Niecałe dwie godziny po tym, jak zaprowadzono Roberta do celi, mężczyzna znów siedział w pokoju przesłuchań. Jego stabilność emocjonalna zaczynała przypominać dwunożne krzesło, jedno drobne popchnięcie i posypie się niczym domek z kart.
- Chyba nie dane jest dzisiaj panu odpocząć.
- Nie mam nic więcej do powiedzenia – mężczyzna wycedził przez zęby, z trudem hamując drżenie rąk.
- Myślę, że nie ma pan wyboru. Pana kolega zaginął.
            W pokoju zapanowała cisza. Robert uniósł głowę i nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w policjanta.
- Dobrze pan usłyszał, zaginął.
- Jak to?
- To staramy się ustalić. Kiedy widział go pan po raz ostatni?
- Sugeruje pan…
            Mazur powstrzymał go gestem ręki.
- Niczego nie sugeruję i proszę odpowiadać na pytania.
- Wczoraj w pracy – odparł mężczyzna po dłuższej chwili.
- Rodzice Marka twierdzą, że dzwonił do nich był poddenerwowany, wie pan dlaczego?
            Robert pokręcił przecząco głową.
- Mówili też, że miał się spóźnić. Nie wie pan czy był z kimś umówiony?
- Nie, nic nie mówił – mężczyzna z trudem wymawiał pojedyncze słowa. Jakby wielki kamień ugrzązł mu w gardle i nie pozwalał wydostawać się dźwiękom.
- Muszę zadać to pytanie – głos Mazura jakby złagodniał, stał się mniej oficjalny - co pan robił wczoraj po pracy?
- Ja naprawdę nie wiem co się stało z Markiem! – Robert tym razem nie podrywał się z krzesła. Chyba poprzednie przesłuchanie odebrało mu resztki sił i pewności.
- Nie suferuję, że pan wie. W tej sprawie o nic pana nie oskarżam, ale był pan jedną z ostatnich osób, które widziały zaginionego, stąd to pytanie.
- Ja – mężczyzna zastanawiał się przez chwilę – wróciłem do domu po pracy.
- Nigdzie pan nie jechał?
- Nie, to znaczy na myjnie samochodową przy Admiralskiej, a potem do domu.
- Mieszka pan przy Inflanckiej prawda?
- Tak, Inflancka 91.
- Czyli mam rozumieć, że tego dnia nie jechał pan nigdzie indziej?
- Nie. Po co to panu?
            Mazur wyjął komórkę i zaczął się nią bawić, jakby zapomniał, że prowadzi przesłuchanie.
- Jaką trasą pan wracał do domu?
            Mężczyzna popatrzył zdziwiony na policjanta, jednak odpowiedział na pytanie.
- Tak jak zawsze. Traktorowa, Limanowskiego, potem Włókniarzy w Pojezierską, a stamtąd już prosto do domu.
- Na myjnie a potem do domu mam rozumieć?
- No tak?
- I jest pan pewien, że to wszystko?
- No przecież mówię! – mężczyzna denerwował się jeszcze bardziej.
- Podziwiam pana – odparł spokojnie Mazur, który wstawszy od stołu zaczął się przechadzać po pokoju – jest pan oskarżony o zabójstwo, pana kolega, od którego zależy pana alibi, zaginął, a pan dalej kłamie i to nawet przekonująco.
            Robert poczuł jak wstrząsają nim dreszcze. Zaskoczony z niedowierzaniem patrzył na policjanta, który krążył kilka kroków od niego niczym sęp wokół swojej ofiary. Zbyszek podszedł bliżej i położył na stole telefon, przodem skierowanym do podejrzanego. Mężczyzna niepewnie popatrzył na wyświetlacz, na którym w aplikacji „Google Maps” wyznaczona była trasa jego powrotu do domu.
- Według tej mapy, jadąc prosto do domu twierdzi, powinien pan pokonać dystans dziewięciu, no powiedzmy dziesięciu kilometrów. Tymczasem porównałem dzisiejszy stan licznika w pańskim samochodzie z dniem poprzednim i wie pan co?
            Mężczyzna podniósł wzrok do góry i w jednej chwili zbladł.
- Licznik wskazuje, że od naszej wczorajszej rozmowy do dnia dzisiejszego, pokonał pan dystans nie dziesięciu kilometrów a ponad stu. Dziwne, zważywszy na fakt, że według pańskich słów, nigdzie dalej pan nie jechał, a tutaj przyjechał pan przywieziony radiowozem. Pyta pan skąd znam stan pańskiego licznika? Wczoraj gdy rozmawialiśmy i podziwiałem wnętrze pańskiego auta, przyjrzałem się desce rozdzielczej. Na liczniku widniała liczba sto pięćdziesiąt tysięcy dwieście trzydzieści trzy kilometry. Około dwóch godzin temu pozwoliłem sobie na pożyczenie kluczyków do pańskiego samochodu z depozytu. Udałem się pod blok gdzie trzyma pan swoje cudo i niech pan zgadnie. Licznik wskazywał sto pięćdziesiąt tysięcy trzysta dwadzieścia dziewięć. Więc albo pan kłamie albo pożyczył pan komuś swój samochód i tutaj poprosimy o dane tej osoby. No chyba, że ktoś bez pańskiej wiedzy pożyczył sobie pańskie auto na wieczór i potem grzecznie odstawił.
            Robert siedział blady niczym ściana. Trząsł się przy tym, jakby siedział nie w ciepłym pomieszczeniu a na zimnym dworze w samej koszulce i spodniach. Mazur miał wrażenie, że jeszcze chwila i z tych nerwów spadnie z krzesła lub straci przytomność. Jeszcze tylko jeden prosty cios i się przyzna. Czuł to, dlatego nie zamierzał odpuścić.
- Więc jak będzie? Brakuje nam około dziewięćdziesięciu kilometrów. Niech mi pan uwierzy, że za chwilę wyjdę z tego pokoju i każę ludziom z działu technicznego przeszukać pańskie auto w poszukiwaniu jakichkolwiek oznak, że pomógł pan Markowi zniknąć. Następnie wydam im polecenie przeczesać teren promieniu 40 kilometrów od miasta, w celu znalezienia Marka lub tego co z niego zostało. Minęła ledwo doba, zważywszy na fakt, że pogoda, a co za tym idzie także i gleba, w której spoczywa nieboszczyk są zimne, ciało wolniej podlega rozkładowi, a tym samym psy tropiące nie powinny mieć problemu, ze znalezieniem zwłok.
            Mężczyzna nie wytrzymał i w jednej chwili schował twarz w dłoniach i zaczął płakać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz