Następnego dnia, rano Robert Pakuła
siedział na niewygodnym drewnianym krześle, w niedużym pokoju przesłuchań,
który mieścił się na komendzie przy ulicy Kościuszki. Głowę miał pochyloną, a rękoma
opierał się o drewniany stół, który stał przed nim. Szybkie ruchy palców obu
dłoni, które na przemian splatały się i rozprostowywały, wyraźnie wskazywały na
duże zdenerwowanie. Po drugiej stronie stołu, niczym kat czekający na wykonanie
wyroku, siedział oparty na krześle Mazur, który jedną rękę miał przewieszoną
przez oparcie, a drugą ułożoną na blacie, o który palce rytmicznie wystukiwały
rytmicznie tylko jemu znaną melodię.
- Nieładnie panie Robercie, bardzo
nieładnie – głos policjanta był spokojny i opanowany. Ile to już razy miał do
czynienia z ludźmi, którzy kłamali w żywe oczy podczas przesłuchania, tego sam
już nie wie.
Na początku,
bardzo go to denerwowało, gdyż nieprawdziwe informacje spowalniały śledztwo, a
nawet sprawiały, że trzeba było się cofnąć nawet do początku. Jedni kłamali ze
strachu, inni z wyrafinowania. Niemniej, kłamstwo pozostaje kłamstwem, nieważne
jakimi motywami się kierować. Z biegiem czasu policjant znieczulił się na to i
teraz emanował od niego niczym niezmącony spokój.
Robert
nie podnosił głowy. Szczęka mu drgała i wykonywała powolne ruchy tak, że zęby
zgrzytały o siebie, tak głośno, że słyszał to nawet przesłuchujący go
policjant.
- Nie ma mi pan nic do powiedzenia?
Dobrze, w takim razie pozwoli pan, że ja panu powiem, jak wygląda sytuacja. Już
teraz za składanie fałszywych zeznań grozi panu kara pozbawienia wolności do
lat trzech. Mamy zatem dwie opcje – Mazur wyciągnął zaciśniętą pięść, grzbietem
skierowaną w kierunku przesłuchiwanego mężczyzny i wyprostował palec wskazujący
– pierwsza, przyznaje się pan do kłamstwa. W dalszym postępowaniu wyjaśnia nam
pan, co zaszło, a właściwie tylko potwierdza pan naszą teorię, że to pan zabił
Marcina Świebodzińskiego…
Robert
zerwał się z krzesła tak szybko, że mebel upadł z hukiem na podłogę. W tym
momencie do pokoju wbiegł uzbrojony funkcjonariusz policji, którego Mazur
powstrzymał gestem ręki.
-
Proszę mi nie przerywać i usiąść z powrotem, teraz ja mówię.
Mężczyzna
stał jeszcze przez chwilę, po czym postawił przewrócone krzesło i bezradny
opadł na nie.
-
Drugie wyjście – policjant wyprostował środkowy palec – idzie pan w zaparte i
nie przyznaje się do winy, jednak my i tak dojdziemy do prawdy. Niestety, ale
wszystko wskazuje przeciwko panu. Po pierwsze operator sieci komórkowej z
dokładnością do kilkunastu metrów ustalił, że z pańskiego telefonu dokonywano
połączenia z okolic osiedla, na którym mieszkała ofiara, dokładnie na kilkanaście
minut przed tym, zanim popełniono morderstwo. Zataił to pan, co już robi z pana
podejrzanego. Po drugie miał pan motyw, a proszę mi uwierzyć, zabójstwo z
miłości znajduje się w pierwszej trójce w hierarchii powodów, dla których zabójca
decyduję się na ten krok.
- Jestem niewinny… - głos Robertowi
drżał – mam świadka…
- Ooo – Mazur wstał od stołu i
zaczął się przechadzać po pokoju – a skoro o świadku mowa, to niech mi pan
wierzy, z nim także sobie porozmawiamy.
Policjant
zamilkł i czekał na reakcję przesłuchiwanego. Robert siedział przy stole, tak
jak przedtem i milcząc, wpatrywał się w brązowy blat stołu.
- Na chwilę obecną jest pan
zatrzymany pod zarzutem zabójstwa Marcina Świebodzińskiego. Zatrzymanie ma
charakter tymczasowy, ale postaramy się, żeby prokurator nie wypuścił pana aż
do rozprawy. To wszystko.
Za
drzwiami pokoju przesłuchań czekała Dorota, która do tej pory przysłuchiwała
się rozmowie zza weneckiego lustra, które znajdowało się za plecami policjanta.
- Szybko poszło.
- Same poszlaki, ale powinno
wystarczyć, by go skazać. Może do tego czasu zrozumie jak poważna jest sprawa i
ruszony wyrzutami sumienia, zmięknie i przyzna się do winy.
- Gdy go przesłuchiwałeś,
poprosiłam, aby ktoś pojechał po Marka Banaszkiewicza. Jeśli przyzna się, że
alibi było fałszywe i Robert zmusił go do składania fałszywych zeznań, proces
poszlakowy w zupełności wystarczy.
- Spoko, dzięki.
Kobieta
kiwnęła głową, odwróciła się i miała już odejść.
- Posłuchaj, co do wczoraj…
- Zapomnij – odpowiedziała, nie
odwracając głowy.
- W każdym razie, przepraszam.
Dorota
przez dłuższą chwilę nic nie odparła, wzięła kilka głębszych oddechów.
- W porządku.
W
tej chwili podszedł do nich wysoki policjant, którego wyraz twarzy nie
zwiastował nic dobrego.
- Dzwonili właśnie z radiowozu, z
miejsca gdzie pojechali po Marka Banaszkiewicza. Chłopak nie wrócił wczoraj na
noc. Rodzice chłopaka zgłosili zaginięcie.
*
- To jakiś sen wariata – Mazur
krążył po posterunku od biurka do biurka.
Dorota
siedziała na krześle kreśląc długopisem szlaczki, na kartce papieru.
- Nikt mi nie wmówi, że to przypadek.
Owszem zdarzają się, ale to przypomina te wszystkie wypadki samochodowe czy też
z zawałem serca przy okazji wielkich afer finansowych z udziałem polityków.
- Sugerujesz, że…
- Nic nie sugeruję! – mężczyzną zatrzymał
się i popatrzył na kobietę, która nie odrywała wzroku od na wpół zabazgranej
kartki papieru – zaczynamy z jednym trupem i nagle ni z tego ni z owego ginie
nam świadek, którego zeznania mogą ostatecznie pogrążyć głównego winnego. Brzmi
to jak w jakimś tanim kryminale, a jednak się zdarzyło naprawdę.
- Na razie nic nie możemy zrobić.
Chłopak mógł wyjść na imprezę, do znajomych, gdziekolwiek. Wiem co myślisz,
sama mam pewne podejrzenia. Rozmawiał ktoś z jego rodzicami?
- Tak, Tomek. Twierdzą, że Marek
dzwonił do nich z pracy i mówił, że spóźni się godzinę. Matka jego twierdzi, że
przez telefon wydawał się poddenerwowany.
- Z nami jak rozmawiał, też nie
zachowywał się swobodnie. Co prawda, niektórych ludzi krępuje czy wręcz napawa
niepokojem widok policyjnej odznaki, ale tacy z reguły mówią jak najwięcej,
żeby wyjść na jak najbardziej wiarygodnych. Mówię oczywiście o takich, co to
nie mają niczego na sumieniu.
- Kurwa. Będę musiał znowu pogadać
z podejrzanym. Prawdopodobnie był jedną z ostatnich osób, która wczoraj
widziała naszego zaginionego.
- Teraz się do niego wybierasz?
- Nie, najpierw muszę coś
sprawdzić. Gdzie znajdują się osobiste rzeczy podejrzanego?
Kobieta
zrobiła zdziwioną minę.
- W depozytorium, powinny być
gdzieś na wierzchu, a do czego ci one?
- Muszę coś sprawdzić. Niedługo
wrócę.
Mężczyzna
niemal wybiegł z posterunku, zostawiając lekko oszołomioną kobietę samą.
*
Niecałe
dwie godziny po tym, jak zaprowadzono Roberta do celi, mężczyzna znów siedział
w pokoju przesłuchań. Jego stabilność emocjonalna zaczynała przypominać
dwunożne krzesło, jedno drobne popchnięcie i posypie się niczym domek z kart.
- Chyba nie dane jest dzisiaj panu
odpocząć.
- Nie mam nic więcej do powiedzenia
– mężczyzna wycedził przez zęby, z trudem hamując drżenie rąk.
- Myślę, że nie ma pan wyboru. Pana
kolega zaginął.
W
pokoju zapanowała cisza. Robert uniósł głowę i nieobecnym wzrokiem wpatrywał
się w policjanta.
- Dobrze pan usłyszał, zaginął.
- Jak to?
- To staramy się ustalić. Kiedy
widział go pan po raz ostatni?
- Sugeruje pan…
Mazur
powstrzymał go gestem ręki.
- Niczego nie sugeruję i proszę
odpowiadać na pytania.
- Wczoraj w pracy – odparł
mężczyzna po dłuższej chwili.
- Rodzice Marka twierdzą, że
dzwonił do nich był poddenerwowany, wie pan dlaczego?
Robert
pokręcił przecząco głową.
- Mówili też, że miał się spóźnić.
Nie wie pan czy był z kimś umówiony?
- Nie, nic nie mówił – mężczyzna z
trudem wymawiał pojedyncze słowa. Jakby wielki kamień ugrzązł mu w gardle i nie
pozwalał wydostawać się dźwiękom.
- Muszę zadać to pytanie – głos
Mazura jakby złagodniał, stał się mniej oficjalny - co pan robił wczoraj po
pracy?
- Ja naprawdę nie wiem co się stało
z Markiem! – Robert tym razem nie podrywał się z krzesła. Chyba poprzednie
przesłuchanie odebrało mu resztki sił i pewności.
- Nie suferuję, że pan wie. W tej
sprawie o nic pana nie oskarżam, ale był pan jedną z ostatnich osób, które
widziały zaginionego, stąd to pytanie.
- Ja – mężczyzna zastanawiał się
przez chwilę – wróciłem do domu po pracy.
- Nigdzie pan nie jechał?
- Nie, to znaczy na myjnie
samochodową przy Admiralskiej, a potem do domu.
- Mieszka pan przy Inflanckiej
prawda?
- Tak, Inflancka 91.
- Czyli mam rozumieć, że tego dnia
nie jechał pan nigdzie indziej?
- Nie. Po co to panu?
Mazur
wyjął komórkę i zaczął się nią bawić, jakby zapomniał, że prowadzi przesłuchanie.
- Jaką trasą pan wracał do domu?
Mężczyzna
popatrzył zdziwiony na policjanta, jednak odpowiedział na pytanie.
- Tak jak zawsze. Traktorowa, Limanowskiego,
potem Włókniarzy w Pojezierską, a stamtąd już prosto do domu.
- Na myjnie a potem do domu mam
rozumieć?
- No tak?
- I jest pan pewien, że to
wszystko?
- No przecież mówię! – mężczyzna
denerwował się jeszcze bardziej.
- Podziwiam pana – odparł spokojnie
Mazur, który wstawszy od stołu zaczął się przechadzać po pokoju – jest pan
oskarżony o zabójstwo, pana kolega, od którego zależy pana alibi, zaginął, a
pan dalej kłamie i to nawet przekonująco.
Robert
poczuł jak wstrząsają nim dreszcze. Zaskoczony z niedowierzaniem patrzył na
policjanta, który krążył kilka kroków od niego niczym sęp wokół swojej ofiary. Zbyszek
podszedł bliżej i położył na stole telefon, przodem skierowanym do
podejrzanego. Mężczyzna niepewnie popatrzył na wyświetlacz, na którym w
aplikacji „Google Maps” wyznaczona była trasa jego powrotu do domu.
- Według tej mapy, jadąc prosto do
domu twierdzi, powinien pan pokonać dystans dziewięciu, no powiedzmy dziesięciu
kilometrów. Tymczasem porównałem dzisiejszy stan licznika w pańskim samochodzie
z dniem poprzednim i wie pan co?
Mężczyzna
podniósł wzrok do góry i w jednej chwili zbladł.
- Licznik wskazuje, że od naszej
wczorajszej rozmowy do dnia dzisiejszego, pokonał pan dystans nie dziesięciu
kilometrów a ponad stu. Dziwne, zważywszy na fakt, że według pańskich słów,
nigdzie dalej pan nie jechał, a tutaj przyjechał pan przywieziony radiowozem.
Pyta pan skąd znam stan pańskiego licznika? Wczoraj gdy rozmawialiśmy i
podziwiałem wnętrze pańskiego auta, przyjrzałem się desce rozdzielczej. Na
liczniku widniała liczba sto pięćdziesiąt tysięcy dwieście trzydzieści trzy
kilometry. Około dwóch godzin temu pozwoliłem sobie na pożyczenie kluczyków do
pańskiego samochodu z depozytu. Udałem się pod blok gdzie trzyma pan swoje cudo
i niech pan zgadnie. Licznik wskazywał sto pięćdziesiąt tysięcy trzysta dwadzieścia
dziewięć. Więc albo pan kłamie albo pożyczył pan komuś swój samochód i tutaj
poprosimy o dane tej osoby. No chyba, że ktoś bez pańskiej wiedzy pożyczył
sobie pańskie auto na wieczór i potem grzecznie odstawił.
Robert
siedział blady niczym ściana. Trząsł się przy tym, jakby siedział nie w ciepłym
pomieszczeniu a na zimnym dworze w samej koszulce i spodniach. Mazur miał
wrażenie, że jeszcze chwila i z tych nerwów spadnie z krzesła lub straci
przytomność. Jeszcze tylko jeden prosty cios i się przyzna. Czuł to, dlatego
nie zamierzał odpuścić.
- Więc jak będzie? Brakuje nam około
dziewięćdziesięciu kilometrów. Niech mi pan uwierzy, że za chwilę wyjdę z tego
pokoju i każę ludziom z działu technicznego przeszukać pańskie auto w
poszukiwaniu jakichkolwiek oznak, że pomógł pan Markowi zniknąć. Następnie
wydam im polecenie przeczesać teren promieniu 40 kilometrów od miasta, w celu
znalezienia Marka lub tego co z niego zostało. Minęła ledwo doba, zważywszy na
fakt, że pogoda, a co za tym idzie także i gleba, w której spoczywa nieboszczyk
są zimne, ciało wolniej podlega rozkładowi, a tym samym psy tropiące nie
powinny mieć problemu, ze znalezieniem zwłok.
Mężczyzna
nie wytrzymał i w jednej chwili schował twarz w dłoniach i zaczął płakać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz